Piątek, 8 lutego 2002
Poczta  -  Kartki  -  Wyszukiwarka  -  Czat  -  Forum  -  Pogoda  -  Pomoc
 
  Kraj Świat Gospodarka Sport Kultura Nauka Opinie Magazyn Fotografie Gazeta.pl

ZOBACZ TAKŻE


Witold Gadomski (13-05-00 00:00)

2000-05-13 Sam fakt nagromadzenia w Polisie tylu peerelowskich prominentów i ich rodzin nie byłby naganny, gdyby nie to, że firma żywiła się kapitałem państwowym. I gdyby nie to, że Polisa dostała ten kapitał od swoich kolegów - równie prominentnych polityków rządzącej SLD

Lata 80. to była bonanza - wspomina mężczyzna usadowiony w ciężkim, skórzanym fotelu. Mówi o sobie "konsultant finansowy". Jak wiele osób w tej opowieści godzi się na rozmowę ze mną pod warunkiem nieujawniania nazwiska. - Władzom zależało, żeby młodzież zajęła się czymś innym niż polityką. A pieniędzy nie robiło się na państwowej posadce, lecz w biznesie. Partia nie miała nic przeciwko temu, by młodzi się bogacili. Ba, zachęcała do tego. Kto miał łeb, szybko się dorabiał. Trzeba było mieć dobry szyld, jakąś organizację młodzieżową, a najlepiej spółdzielnię studencką. Tacy spółdzielcy nie zajmowali się ideologią, lecz i tak byli blisko władzy, bo mieli forsę. Ci z Ordynackiej (siedziba Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, później Zrzeszenia Studentów Polskich) uważali ich za swoich. Ci z Mostowskich (siedziba SB) pewnie też.

W życiorysach polskich biznesmenów, drukowanych przed kilku laty w "Gazecie", jak refren przewija się zdanie: "Pierwsze pieniądze zarobił w spółdzielni studenckiej". Tak podobno zaczynali i dzisiejszy miliarder Aleksander Gudzowaty, i hochsztapler Lech Grobelny. W latach 60. i 70. spółdzielnie studenckie były formą wspierania uboższych studentów. Za niewielką, czasami pozorną pracę można było zarobić równowartość średniej krajowej renty. W spółdzielniach istniała ścisła hierarchia. Ci na samym dole musieli wstawać przed świtem i czekać w kolejce na byle jaką fuchę - mycie okien czy sprzątanie hal fabrycznych. Ci w środku pracowali na kilka książeczek, dostawali lukratywne zlecenia, a czasami odpalali dolę tym na samej górze. Tam można było robić prawdziwy biznes. Tam też zaczynała się droga na salony wielkiej polityki.

Spółdzielnie były zapleczem finansowym organizacji młodzieżowych. A organizacje były zapleczem władzy. Tu rosły kadry, które miały rządzić PZPR i Polską.

- Gutka znałem z SGPiS-u - kontynuuje "konsultant finansowy". - Był trochę starszy ode mnie. Poza tym ja studiowałem handel zagraniczny, a on na innym wydziale. Zawsze miał głowę do interesów. Tak przynajmniej wówczas się wydawało. Miał w sobie jakąś charyzmę. Zawsze otoczony grupką kolegów, dziewczyn, zawsze miał pieniądze. Wiadomo było, że jest kimś. Ze spółdzielniami studenckimi związany był przez lata. W latach 80. został prezesem Związku Spółdzielni Studenckich. Trochę to śmieszne, miał przecież ponad 40 lat.

Stanisław Gutek w życiorysach publikowanych w prospektach emisyjnych akcji TUR Polisa SA pisze o sobie: "wieloletni działacz gospodarczy". Spółdzielnia mu nie wystarczała. Założył więc kilka spółek, m.in. spółkę akcyjną Bratniak. Nazwa nawiązywała do jednej z najstarszych korporacji studenckich. W Bratniaku rządzili Stanisław Gutek, Marek Binięda, Zygfryd Kielarski, Andrzej Chojnacki. Znali się od lat.

Zygfryd Kielarski, przyjaciel Gutka i jego zastępca w Bratniaku, ma dziś 52 lata. Według oficjalnego życiorysu jest magistrem agrotechniki i absolwentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej, wieloletnim działaczem SZSP i członkiem zarządów organizacji gospodarczych. Był ostatnim prezesem słynnej Agrotechniki. Spółkę założyli na początku lat 80. działacze Związku Młodzieży Wiejskiej. Dostali zezwolenie na działalność od ministra finansów. Handlowali jajami i mięsem, hodowali świnie, zajmowali się drobną produkcją. Nic w tym złego, tyle że nie dawało to większych pieniędzy. Prawdziwe zyski przyszły, gdy zajęli się handlem zagranicznym.

Pomysł był prosty. Agrotechnika, podobnie jak spółdzielnie studenckie, miała status j.g.u. - jednostki gospodarki uspołecznionej. J.g.u. to genialny wynalazek na robienie pieniędzy pod rządami walącego się socjalizmu. W latach 80. powiększał się zakres swobody gospodarczej, jednak w wielkich, państwowych firmach wciąż obowiązywały plany, przydziały, limity. Firmy prywatne miały trudności z uzyskiwaniem zezwoleń. Wystarczyło jednak założyć spółdzielnię, by zdobyć stempelek j.g.u.



Dzięki temu stempelkowi - i dobrym układom - Agrotechnika mogła kupować dewizy po kursie oficjalnym, kilkakrotnie niższym od czarnorynkowego. Na takim biznesie nie można było stracić. Spółka handlowała wszystkim, co dało się sprzedać. Jako jedna z pierwszych sprowadzała z Tajwanu komputery składaki. Jej szefowie zarabiali po kilka milionów złotych miesięcznie - równowartość ówczesnej pięcioletniej średniej płacy krajowej.

W 1987 r. Agrotechniką zajął się NIK, ale część mediów kreowała ją na pioniera nadchodzącego kapitalizmu. W 1992 r. firma zbankrutowała. Okazało się, że jej menedżerowie nie potrafią działać w warunkach rzeczywistego rynku. Kielarski został likwidatorem spółki.

Kariera 64-letniego Wiktora Sielanki związana jest ze spółdzielniami pracy. W PRL spółdzielnie te przez wiele lat dawały schronienie biznesmenom, którzy obawiali się działać z podniesioną przyłbicą. Tyle że trzeba było utrzymywać czapę urzędników z Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy i związków wojewódzkich. Czapę zlikwidowano dopiero w roku 1990, a wielu "spółdzielców" z ulgą porzuciło dotychczasowy status i zawiązało spółki.

Sielanko był prezesem CZSP. Gutka znał od lat, choćby stąd, że spółdzielnie studenckie podlegały CZSP. Po likwidacji centrali spółdzielczej jej działacze utworzyli dość dziwny byt, który nazwali Spólnota Pracy - Spółdzielnia Osób Prawnych. Sielanko został prezesem. Ale ambicje panów sięgały najbardziej prężnego sektora nowoczesnego rynku - rynku finansów. Założyli Polisę.


Pionierskie lata

Znali się na prawie spółdzielczym, więc założyli spółdzielnię. Licencję uzyskali już w 1988 r.; przyznał ją Andrzej Wróblewski, minister finansów w rządzie Rakowskiego. Gdy Polisa przekształciła się w spółkę, okazało się, że Wróblewski jest jej udziałowcem.

Początkowo mieli się nazywać Secura. Zmienili nazwę. Chyba dlatego, że Secura mogła się w Polsce kojarzyć co najwyżej z tajnymi służbami (np. z rumuńską Securitate). 17 marca 1989 zarejestrowano Spółdzielcze Towarzystwo Ubezpieczeniowo-Reasekuracyjne "Polisa". O kilka dni wyprzedziła je łódzka Westa (też z początku spółdzielnia). Spółdzielczą Polisę tworzyły: CZSP, spółka Bratniak, kilka spółdzielni studenckich, osoby prywatne i instytucje państwowe.

- Do Polisy trafiłem z ogłoszenia - wspomina Bogdan Dąbrowski, przez kilka lat wiceprezes firmy, później prezes spółki Polisa-Życie. - Wcześniej pracowałem w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego i Budownictwa "Energopol", który prowadził roboty m.in. w ZSRR. Zajmowałem się spedycją i ubezpieczeniem ładunków. A jeszcze wcześniej przez wiele lat pracowałem w PZU i Warcie. W sierpniu 1989 r. spotkałem się z grupą ludzi organizujących Polisę. Nikt z nich nie miał żadnego doświadczenia z ubezpieczeniami. Na początku miałem być szefem oddziału warszawskiego. Gdy we wrześniu dwóch panów, którzy mieli wejść do zarządu, zrezygnowało, zostałem wiceprezesem. Zatrudnialiśmy tylko kilka osób. Nie mieliśmy niczego, nawet wzorów dokumentów. Ktoś odręcznie kleił blankiety, a kierowca wycinał je z papieru, żeby dać do powielania. Ja siedziałem przy telefonie i obdzwaniałem znajomych z PZU i Warty, zachęcając do pracy w Polisie. W listopadzie wystawiliśmy pierwsze umowy ubezpieczeniowe. Załatwiłem obsługę ubezpieczeniową Energopolu. Znałem tę firmę i wiedziałem, że ryzyko jest niewielkie.

Energopol został też udziałowcem spółki, w którą Polisa przekształciła się w roku następnym.

- To była wówczas normalna sprawa - mówi były menedżer Polisy. - Pieniędzy szukało się u wszystkich "krewnych i znajomych Królika". Każdy przyprowadzał ze sobą jakąś państwową firmę lub instytucję, która dawała pieniądze i kontakty.

Pierwszym prezesem został Zygfryd Kielarski. Po kilku miesiącach przeszedł do rady nadzorczej, a szefem został Marek Binięda, obecny prezes Towarzystwa Ubezpieczeniowego PBK. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Warszawskim, działacz studencki. Koledzy uznali, że ma najlepsze kwalifikacje menedżerskie. Ale od początku było wiadomo, że Polisą rządzi nie on, lecz Gutek, Kielarski i Sielanko.

Po kilku latach Binięda odszedł z firmy. - To niezdrowa sytuacja, gdy kierujący firmą tak naprawdę o niczym nie może decydować, bo ma nadkierownika - podsumowuje tamto doświadczenie.

- Członkowie rady nadzorczej mieli niezłe dochody, ale członkowie zarządu jeszcze większe - mówi Dąbrowski. - Więc Gutek szybko doszedł do wniosku, że to on powinien kierować firmą.


Same laurki

W 1990 r. Sejm przyjął ustawę o ubezpieczeniach, zgodnie z którą firmy ubezpieczeniowe muszą mieć formę spółki akcyjnej lub towarzystwa ubezpieczeniowego. Spółdzielnia Polisa musiała przekształcić się w spółkę.

Spółkę zarejestrowano w kwietniu 1991 r. z kapitałem 6 mld starych złotych (600 tys. nowych). Założycielami było 18 podmiotów i kilkadziesiąt osób fizycznych. Wśród instytucji m.in.: Krajowy Kombinat Spółdzielczy z Gdańska, Bratniak SA, urząd wojewody piotrkowskiego, Studencka Spółdzielnia Pracy "Techno-Service", Spółdzielnia Osób Prawnych "Bratnia Pomoc", likwidator CZSP, Spólnota Pracy, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, urząd prezydenta Warszawy. Wśród osób fizycznych największy udział mieli: Waldemar Witkowski - prezes Studenckiej Spółdzielni "Akademik" z Poznania i jednocześnie spółdzielni mieszkaniowej - oraz panowie Gutek, Kielarski, Sielanko. Zasada była prosta - prezesi państwowych firm i instytucji, które zakładały Polisę, dostawali pakiet akcji.

W tym czasie rodzący się kapitalizm był przyjmowany w mediach z entuzjazmem podobnym temu, jaki towarzyszył piecom Magnitogorska i budowie Nowej Huty. Bohaterami pracy kapitalistycznej stawali się Grobelny, Bagsik, Wilczek i Sekuła, a także właściciele dziesiątków mikroskopijnych banków, które wkrótce zaczęły padać jak muchy. Entuzjastyczne, a przynajmniej pozytywne, opinie zbierała też Polisa.

"Nie nastawia się na liczbę zawieranych ubezpieczeń" - pisała w roku 1990 "Gazeta Bankowa". "Pracuje bez większego rozgłosu, o reklamę nie zabiega. Dlatego też większość klientów Polisy zapewne nie wie, że nastąpiło znaczne zwiększenie gwarancji wypłacalności firmy. Towarzystwo otrzymało bowiem zezwolenie na reasekurację zagraniczną". Po kilku latach właśnie reasekuracja zagraniczna okazała się gwoździem do trumny Polisy, ale w pierwszym roku planu Balcerowicza nikt tego nie przewidywał.

"Mały tygrys na rynku" - zatytułowała swój artykuł w 1993 r. "Nowa Europa". "Rok 1992 to dla Polisy czas przełamywania impasu. Rynkową pozycję firmy charakteryzują coroczne rosnące wskaźniki obrotu. Wypłaty odszkodowań, aczkolwiek też rosnące, pozwalały towarzystwu akumulować środki na funduszach rezerwowych".

"Strategia zrównoważonego rozwoju" - to tytuł wywiadu z prezesem Gutkiem, przeprowadzonego w 1996 r. przez "Nowe Życie Gospodarcze". Prezes oznajmiał: "Zarówno przez społeczeństwo, jak i przez środowiska biznesu jesteśmy postrzegani jako firma ubezpieczeniowa o określonym poziomie wiarygodności. Zajmujemy trzecią pozycję na rynku ubezpieczeń, co ujawniła prasa, pisząc o nas".

Jeden z nielicznych tekstów odbiegających od tonu laurki zamieściła "Gazeta Bankowa" w styczniu 1993 r. Miłosz Węglewski (dziś komentator finansowy "Gazety Wyborczej") pisał w artykule "Szansa bez gwarancji": "Obawiać się można, że brak zgody Komisji Papierów Wartościowych na dopuszczenie do publicznego obrotu papierów Polisy mógłby oznaczać początek końca jej egzystencji na rynku".

Nawet w ostatnich latach, gdy firma znalazła się w dramatycznej sytuacji, a jej szefowie za wszelką cenę starali się ukryć prawdę, nikt nie ośmielił się napisać, że Polisa jest faktycznym bankrutem.


Na giełdę!

Nieustanną bolączką Polisy był nikły kapitał założycielski. Początkowe 600 tys. zł (nawet jeśli pamiętać, że dziś - uwzględniwszy inflację - byłaby to kwota parę razy większa) to pieniądze mikroskopijne jak na firmę, która działa w ubezpieczeniach. Szansę na podniesienie kapitału stwarzał rynek kapitałowy i giełda. W ostatnich dniach 1992 r. Polisa otrzymała zezwolenie od Komisji Papierów Wartościowych na sprzedaż akcji w obrocie pozagiełdowym.

- To było zezwolenie z dużym zastrzeżeniem - mówi Lesław Paga, ówczesny szef Komisji. To zastrzeżenie znalazło się w oficjalnym piśmie KPW. Komisja bardzo uważnie przyglądała się Polisie, później cofnęła zezwolenie na wejście na giełdę.

Zastrzeżenie dotyczyło przede wszystkim zbyt niskiego marginesu wypłacalności. Firma ubezpieczeniowa, podobnie jak bank, ściąga pieniądze od klientów i lokuje je w taki sposób, by przyniosły możliwie duży zysk. Finansiści lubią mówić, że są to instytucje zaufania publicznego. Chodzi o to, że pieniądze, którymi obraca firma ubezpieczeniowa (a także bank), w dużej części należą do klientów. Klienci muszą ufać, że ich pieniądze, powierzone firmie ubezpieczeniowej, są bezpieczne, że firma wywiąże się z przyjętych w umowie zobowiązań. Firma musi więc posiadać tzw. margines wypłacalności, który zgodnie z przepisami wynosi w Polsce 16 proc. od sumy zebranych składek. Innymi słowy: im więcej firma ściąga składek, tym większy musi być jej kapitał własny. Na dobrą sprawę firma może bez trudu zwiększać pobór składek, oferując klientom dogodniejsze warunki ubezpieczeń niż konkurencja. To jednak wymaga stałego podnoszenia kapitału własnego.

"Krewni i znajomi Królika" niewiele dali Polisie. W dodatku spółdzielnia, a potem spółka, płaciła bardzo wysoką dywidendę. - Po pierwszym roku działalności dywidenda wyniosła siedmiokrotność włożonych kapitałów - wspomina Bogdan Dąbrowski, ówczesny wiceprezes. - To zachęcało do nabywania naszych akcji.

W ciągu niespełna dziesięciu lat swego istnienia Polisa miała tyle emisji akcji, że przestało wystarczać liter w alfabecie (każda emisja ma serię oznaczoną literą). Początkowe emisje były zamknięte - oferowane tylko wybranym osobom i firmom. Serie A i B to akcje uprzywilejowane, będące w posiadaniu założycieli, dające pięć razy więcej głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy i o 20 proc. wyższą dywidendę. W grudniu 1992 r. KPW dopuściła do obrotu akcje serii B i C. Akcje C zostały sprzedane spółkom zależnym od BIG-u (Bel-Leasing Ltd. i Forin sp. z o.o.) oraz Animex Bankowi. W ten sposób BIG stał się na pewien czas głównym udziałowcem Polisy. W gruncie rzeczy mógłby nawet przejąć kontrolę nad Polisą, musiał jednak akceptować statut spółki, który przewidywał, że każdy udziałowiec, niezależnie od posiadanego kapitału, może na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy mieć nie więcej niż 20 proc. głosów. Wkrótce zresztą przyszły nowe emisje i udział spółek zależnych od BIG-u został rozwodniony. Animex z kolei upadł w sierpniu 1994 r. - prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie ogromnych nadużyć, do jakich doszło w tym banku.

18 sierpnia 1994 r. Komisja Papierów Wartościowych cofnęła Polisie zgodę na dopuszczenie do publicznego obrotu akcji. Formalnym powodem było nierównoprawne traktowanie akcji kolejnych serii. Firma na razie musiała o giełdzie zapomnieć.

Ponownie KPW dopuściła akcje Polisy do publicznego obrotu w październiku 1995 r. - Cieszę się, że niechlubny okres w naszej historii dobiegł końca - komentował Zygfryd Kielarski. - Polisa wraca na rynek publiczny, tym razem na stałe.

Nie tak prędko. Zwykle od ujawnienia zamiaru wejścia na giełdę do pierwszych notowań mija rok. Polisa potrzebowała na to czterech lat.



Wejście na rynek publiczny, którego ukoronowaniem są notowania na Giełdzie Papierów Wartościowych, daje spółce możliwość pozyskiwania nowego kapitału. Ale noblesse oblige. Spółka publiczna ma obowiązek podawania informacji o sobie - o swych udziałowcach, powiązaniach kapitałowych, ba, nawet o zarobkach zarządu i rady nadzorczej. KPW wciąż zwlekała, ponieważ Polisa nie dostarczała odpowiednich dokumentów. Chodziło o wyjaśnienie dziwnych umów reasekuracyjnych i niejasności księgowych. Polisa sama prosiła o odroczenie notowań. Jak powiedział wówczas "Gazecie" szef KPW Jacek Socha, "Polisa chyba nie do końca rozumiała, co znaczy bycie spółką publiczną".

Pierwsze notowanie miało miejsce dopiero 20 listopada 1996 r. Akcje szły po 9 zł. Na kolejnych sesjach spadały. W maju 1997 r. przeżyły krótkotrwałą hossę, dochodząc do 9,4 zł. Później było coraz gorzej.


Króliki bogate i cwane

Zanim akcje Polisy weszły na giełdę, udało się podnieść kapitał do 27 mln zł. Suma wciąż niewielka jak na firmę ubezpieczeniową. Spółka miała cztery zamknięte emisje. Trzy zostały objęte przez instytucje państwowe, jedna przez osoby prywatne, którym imiennie zaproponowano kupno akcji. Najwięcej w wianie dały:

Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa - 385 tys. zł (czerwiec 1994),

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych - 4,8 mln zł (lipiec 1995),

Agencja Rozwoju Gospodarczego (obecnie Państwowy Fundusz Gwarancyjny) - 4,3 mln zł (lipiec 1995),

Dipservice (dawniej Przedsiębiorstwo Obsługi Cudzoziemców "Puma") - ok. 0,5 mln zł (grudzień 1993 i styczeń 1995).

Był to okres rządów koalicji SLD-PSL i na czele agencji stali ludzie przychylni koalicji. - Byłem obecny przy negocjacjach z PFRON, gdzieś w połowie 1995 r., dotyczących objęcia przez fundusz akcji Polisy - wspomina były menedżer spółki. - Wzięliśmy ze sobą panią Marię Oleksy, która była doradcą prezesa. Właściwie to nie były żadne negocjacje, tylko towarzyskie pogaduszki, najwięcej o tym, jakie szanse wyborcze ma Aleksander Kwaśniewski. Pamiętam, jak ktoś mówił "towarzysz Kwaśniewski". Trochę mnie to śmieszyło, bo odwykłem od tych partyjnych zwrotów. Było jasne, że PFRON kupi akcje po cenie, jaką zaproponujemy. Nikt się nie targował.

PFRON objął akcje powyżej ceny rynkowej. Nawet gdyby je sprzedał w momencie, gdy były najdroższe - w maju 1997 r. - i tak poniósłby realną stratę. Tyle że PFRON nigdy swych akcji nie sprzedał. Zachował je aż do upadku Polisy. Prezesem PFRON był wówczas Karol Świątkowski, którego w 1996 r. zastąpił Roman Sroczyński, obecny poseł SLD. Dziś obaj nie poczuwają się do winy za zmarnotrawione środki państwowe.

Agencja Rozwoju Gospodarczego zapłaciła akcjami posiadanych przez siebie spółek. Przepłaciła nieco mniej niż PFRON, ale też na Polisie straciła. Akcje nabyte w zamian za wniesiony aport nie mogły być zbywane przez półtora roku, a ich wartość systematycznie spadała.

Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa swoje udziały opłaciła aportem w postaci nieruchomości pod Warszawą (w miejscowości Paszków koło Nadarzyna), przy czym metr kwadratowy ziemi został wyceniony na 34 gr. Rzeczywista cena ziemi na tych terenach wynosiła wówczas kilka dolarów za metr. Tym sposobem Agencja podarowała Polisie kilka milionów złotych.

Instytucje państwowe poza wniesieniem kapitału zawierały z Polisą umowy dotyczące ubezpieczenia ich pracowników lub klientów. Wszystkie te transakcje zostały zakwestionowane przez NIK, która w 1996 r. przeprowadziła kontrolę i skierowała wnioski do prokuratora. Nikomu jednak włos z głowy nie spadł, choć fakty świadczyły jednoznacznie o przechwyceniu państwowego majątku przez prywatną spółkę.

Przez wiele lat Polisa płaciła wysokie dywidendy. Płaciła więcej, niż było ją stać. Tyle że nie wszyscy udziałowcy upomnieli się o zapłatę. Według raportu NIK instytucje państwowe nie odebrały 157 tys. zł należnych im dywidend.

Jednak niektórym inwestorom akcje były oferowane na znacznie korzystniejszych warunkach. Emisję E z czerwca 1993 r. nabyło kilkadziesiąt osób, wśród których wiele należało do kręgów dawnej nomenklatury.


Czerwona pajęczyna

Sprawę ujawniło 28 października 1995 r. "Życie Warszawy". Większość informacji o udziałach w Polisie można było znaleźć w jawnym i dostępnym dla wszystkich prospekcie emisyjnym. Ta jawność to cena, którą spółka musiała zapłacić za wejście na giełdę. Uwagę prasy przykuły nazwiska dwóch żon prominentów - Jolanty Kwaśniewskiej i Marii Oleksy.

- Jola to była ikona, którą się pokazywało, gdy chciało się załatwić jakiś interes z firmą, której szef sympatyzował z socjaldemokracją - mówi były menedżer Polisy. - Ale ani jej udziały, ani wpływ na spółkę nie były istotne. Inaczej było z panią Oleksy. Była doradcą czy konsultantem naszej firmy. Jej mąż był wtedy premierem. Miała nieograniczony dostęp do Gutka i do wszystkich urzędników w państwie. Tak jak wiele innych osób postrzegałem ją jako szarą eminencję firmy.

Jak wynika z prospektu, Jolanta Kwaśniewska posiadała 1000 akcji serii E nabytych po 3,50 zł za akcję i 1028 akcji serii F, których cena emisyjna wynosiła 10 zł. Ponieważ obie emisje były skierowane tylko do wybranych inwestorów, nie wiadomo, na jakich warunkach sprzedano akcje (z jakimi upustami, jaki był okres płatności itp.).

W styczniu 1995 r. został przeprowadzony tzw. split, czyli podział akcji. Jedną dotychczasową akcję zastąpiło pięć nowych. W ten sposób pani Kwaśniewska stała się posiadaczką 10 tys. 140 akcji, których cena nominalna wynosiła teraz 2,50 zł. Z tego 5 tys. akcji serii E kupowała po 70 gr (3,50 zł przed splitem), gdy państwowe instytucje płaciły ponad dziesięć razy drożej.

Gdyby Kwaśniewska sprzedała te akcje zaraz po rozpoczęciu notowań, czyli w październiku 1996 r., otrzymałaby za nie przeszło 80 tys. zł, co oznacza zysk w granicach 60 tys. zł. Pani Kwaśniewska odmówiła "Gazecie" ujawnienia pełnych rachunków obrotu akcjami Polisy. "Życie Warszawy" twierdziło, że żona prezydenta posiada ponad 20 tys. akcji, czyli dwukrotnie więcej, niż wykazywał prospekt (pokazujący stan na 31 grudnia 1994 r.). Z kolei Kwaśniewska w liście do "Życia Warszawy" z 1995 r. pisała, że za akcje zapłaciła w sumie 48 tys. 900 zł, ale nie podała, jakie emisje posiada i po jakiej cenie je kupowała. W różnych wypowiedziach dla gazet twierdziła, że Polisa była jedną z gorszych transakcji, jakie zrobiła w swym życiu. Zanim została Pierwszą Damą, zajmowała się obrotem nieruchomościami, podobno z sukcesem.

W wywiadzie dla "Gazety" (z 17 listopada 95 r.) Stanisław Gutek tak wyjaśniał zaangażowanie Kwaśniewskiej w Polisę: "Znałem ją wcześniej. Spotkaliśmy się kiedyś i powiedziałem, że jest wspaniała okazja do zainwestowania pieniędzy. - Eee, daj spokój, ja teraz muszę mieć pieniądze na mieszkanie - odpowiedziała. Ja na to: Skonsultuj się z Olkiem. - Olek przychodzi do domu zmęczony i nie ma głowy do takich spraw, zaraz kładzie się i śpi - mówiła. - To ty sama zaryzykuj. Trochę się zastanawiała, ale w końcu zdecydowała kupić akcje. Jestem przekonany, że to była jej decyzja".

Maria Oleksy, żona ówczesnego premiera, pokazała w październiku 1995 r. zaświadczenie dowodzące, że ma 15 tys. 162 akcje - w tym akcje serii E i F, oferowane dla wybranych inwestorów po okazyjnej cenie - i dodatkowo 13 tys. akcji K (wynikających z prawa poboru, czyli przywileju zakupu nowych akcji przez dotychczasowych posiadaczy). Według wyceny giełdowej z października 1996 r. akcje te warte były 121 tys. zł. Pani Oleksy nabyła je za kilkanaście tysięcy.

Sumy zaangażowane przez prywatnych "krewnych Królika" w Polisę nie były oszołamiające. Również zyski mogły przyprawiać o zawrót głowy pracownika budżetówki, ale nie "ludzi z towarzystwa" - tyle kosztuje średniej klasy samochód. To, co było rzeczywiście bulwersujące, to to, że prominenci kupowali akcje wielokrotnie taniej niż firmy państwowe, które od prominentów były w taki czy inny sposób zależne. Zdumiewało też, że indywidualni inwestorzy dobrani zostali wyłącznie z jednej półki. Poza dwiema wymienionymi paniami udziałowcami Polisy byli:



Manfred Gorywoda, wicepremier w rządzie Zbigniewa Messnera,

Andrzej Wróblewski, minister finansów w rządzie Rakowskiego,

Tadeusz Sawic - były przewodniczący ZSP i szef Wydziału Kultury KC PZPR, później założyciel Savim-Banku (oraz jego żona),

Witold Nawrocki - były działacz SZSP,

Andrzej Kratiuk - działacz SZSP, partner Nawrockiego w kancelarii prawnej KNS,

Waldemar Krajewski - były szef PZPR w Radiokomitecie,

Krzysztof Czeszejko-Sochacki, adwokat reprezentujący w sądach wielu PRL-owskich prominentów (m.in. Grzegorza Żemka, jednego z głównych oskarżonych w aferze FOZZ). Itd., itp. Gdyby ktoś szukał klasycznej spółki nomenklaturowej, bez wahania mógłby wskazać na Polisę.

Sam fakt nagromadzenia w Polisie tylu byłych i aktualnych prominentów i ich rodzin nie byłby rzecz jasna naganny (A co, Gorywoda nie ma prawa do życia w tej Polsce? - pytał retorycznie Gutek), gdyby nie to, że żywiła się ona kapitałem państwowym. Politycy rządzącego wówczas SLD natychmiast zwarli szeregi. Podczas sejmowej debaty o Polisie wykazali podziwu godną dyscyplinę i jednomyślność.

- Szkoda, że moja żona nie zrobiła tak dobrego interesu - żartobliwie kwitował całą sprawę Grzegorz Kołodko, który jako minister finansów winien dbać o majątek skarbu państwa, w oczywisty sposób topiony w Polisie.

- W całej sprawie nie ma niczego nagannego - zapewniał minister sprawiedliwości i prokurator generalny Jerzy Jaskiernia. Nic dziwnego, że prokuratura wbrew wnioskowi NIK nie skierowała sprawy do sądu.

- Niech mi będzie wolno wyrazić głęboki niesmak, ubolewanie, a wręcz obrzydzenie dla złamania w tej izbie przez jeden z klubów pięknych tradycji demokratycznych Polski - wołał Marek Mazurkiewicz, przewodniczący komisji konstytucyjnej. - Czy pan Krzysztof Król skończył już bić swoją żonę? - dowcipkował. Ani słowa o tym, że prominenci i ich rodziny przywłaszczyli państwowy majątek!


Trzeci, czyli bankrut

Na początku lat 90. powstało w Polsce kilkanaście małych firm ubezpieczeniowych. Ale rynek wciąż zdominowany był przez jedną - Powszechny Zakład Ubezpieczeń. Na drugim miejscu była i jest Warta, dalej - cała reszta. Dystans dzielący obu potentatów od nowych firm był zawsze ogromny. - Żałuję, że PZU nie podzielono na dwa mniejsze towarzystwa - mówi Danuta Wałcerz, prezes Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń.

Małe firmy musiały dostosowywać swoje taryfy do PZU, ba - żeby konkurować, musiały oferować klientom niższe stawki. Tymczasem PZU narzucał ceny dumpingowe. - Decydujący był rok 1996, gdy PZU nie podniósł stawek mimo wysokiej inflacji - twierdzi były menedżer Polisy. - Inni musieli się do tego dostosować i wpadali w deficyt. PZU cały czas funkcjonował na stratach, ale o zlikwidowaniu państwowego monopolisty nikt nie myślał. To nie była uczciwa konkurencja.

Prywatne firmy ubezpieczeniowe przeżywały kłopoty nie tylko z powodu konkurencji dwóch potentatów. Niemal wszystkie miały mikroskopijny kapitał i fachowców, którzy dopiero uczyli się ubezpieczeniowego biznesu, a nierzadko - nieuczciwych właścicieli i zarządców. Nic dziwnego, że padały jak muchy.

Pierwsza zbankrutowała w 1993 r. Westa, która w początku lat 90. zyskała silną trzecią pozycję na rynku i notowała największą dynamikę. Prezes Janusz Baranowski (senator w latach 1991-93) zapowiadał, że jego firma wkrótce prześcignie Wartę. Tymczasem kontrola przeprowadzona przez Ministerstwo Finansów dowiodła, że Westa fałszuje wyniki. Znaczne sumy wytransferowano na konta w Luksemburgu. Prokuratura postawiła zarzuty kilku osobom z zarządu firmy i właścicielom spółek, które Westę okradały.

Przez krótki czas trzecią pozycję na rynku miał Feniks SA z siedzibą w Katowicach. Zbankrutował w 1996 r. Straty klientów szacowano na 12 mln zł. Akt oskarżenia objął 19 osób - zarząd i pracowników. Według policji Feniks podpisał ok. 100 różnych fikcyjnych umów, które posłużyły za podstawę do przelewów pieniędzy. Część wypłat gotówkowych lokowano m.in. w akcje Banku Komercyjnego "Privat" SA w Poznaniu, który później zmienił nazwę na Poznański Bank Handlowy "Merkury" SA. Bank też zbankrutował.

W 1996 r. upadły też poznańska Hestja (nie mylić z sopocką Hestia Insurance) oraz Gryf. Aresztowano przewodniczącego rady nadzorczej i głównego udziałowca Gryfa pod zarzutem podawania fałszywych danych w sprawozdaniach dla Ministerstwa Finansów i działania na szkodę firmy. Przewodniczący razem z prezesem zarządu narazili firmę na straty 2,3 mln zł.

Upadek konkurencji sprawił, że Polisa zyskała nowych klientów. Przez kilka lat zajmowała pewne trzecie miejsce. Prezesi chwalili się tym w każdym wywiadzie. Złośliwcy twierdzili, że trzeci to znaczy pewny bankrut.


Kto kontroluje kontrolera?

- Prawie wszystkie firmy prywatne powstawały na państwowym majątku - mówi "konsultant finansowy". - Te akcje Joli, ta "czerwona pajęczyna", to wszystko prawda, ale niech pan poskrobie w innych spółkach... Wszędzie tak było. Problem w tym, że inni od nomenklaturowości odchodzili, spółki były oczyszczane, wchodzili zagraniczni udziałowcy, menedżerowie z prawdziwego zdarzenia. Inne spółki nomenklaturowe szukały kontaktów w środowiskach niekomunistycznych; niech pan spojrzy na BIG. Gutek tego nie potrafił. I zaczął się zjazd po równi pochyłej.

Ujawnienie powiązań nomenklaturowych pozornie nie zaszkodziło prestiżowi Polisy. Jej szefowie cieszyli się z darmowej reklamy. Spółka debiutowała wreszcie na giełdzie i mogła gromadzić kapitały. Okazało się, że to nie takie proste. Kapitał akcyjny wprawdzie rósł, ale zbyt wolno. A po raporcie NIK i burzy w mediach kapitał państwowy przestał zasilać Polisę. Spółka ogłaszała jedną emisję za drugą, lecz coraz trudniej było znaleźć chętnych na akcje. Ostatnia udana emisja miała miejsce w 1998 r. Kredyt Bank-PBI zgodził się nabyć 3,2 mln akcji (za 8 mln zł) i... niemal natychmiast odsprzedał je NFI Fortuna.

- Osiem milionów to już była kropla w morzu - wspomina "konsultant finansowy". - Spółka miała ogromne straty. Według rzetelnej wyceny księgowej Polisa w 1998 r. była warta minus 150 mln zł. Trzeba było znaleźć pieniądze na pokrycie strat.

Rozeznać się w finansach firmy ubezpieczeniowej nie jest rzeczą łatwą. - Miałem do czynienia z wieloma biegłymi rewidentami, którzy przychodzili do Polisy na kontrolę i którym to ja musiałem tłumaczyć, jak w firmie ubezpieczeniowej księguje się różne pozycje - opowiada były menedżer spółki.

Przez wiele lat audyt w Polisie robiła firma Misters Audytor. Jej pracownicy sprawdzali zgodność zapisów księgowych ze stanem faktycznym i z przepisami. Firma jest własnością Barbary Misterskiej, dobrej znajomej Gutka i innych szefów Polisy. Kontrole Misters Audytor stwierdzały, że firma ma zysk i jest w pełni wypłacalna.

- To było malowanie bilansów - twierdzi Danuta Wałcerz, prezes Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń. - PUNU kilkakrotnie kontrolował Polisę. Niepokoiła nas zbyt niska rentowność lokat firmy. Pieniądze brane ze składek wspomagały spółki związane z Polisą i jej zarządem, np. Acord. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że Gutek nie ma pojęcia, na czym polega działalność ubezpieczeniowa. Nasze zalecenia były kompletnie lekceważone. W 1998 r. wystąpiliśmy więc do rady nadzorczej o odwołanie Gutka. Rada odrzuciła nasz wniosek. Dla nich to był ciągle świetny fachowiec.

- Gutek to bardzo przyjemny facet - twierdzi "konsultant". - O wszystkich dbał. Zwracali się do niego dawni koledzy z SZSP, nie wszystkim wiedzie się przecież dobrze. I Gutek nigdy nie odmawiał. Dawał kolegom i ich rodzinom pracę, pożyczki. Dla tego środowiska to był naprawdę wspaniały menedżer.

- W 1998 r. Polisę skontrolowała firma Price Waterhouse - mówi pani Wałcerz. - Okazało się, że wyniki są zupełnie inne niż te, które wcześniej zatwierdzał Misters Audytor. Polisa miała nieustanną stratę już od 1995 r. Dla nas był to dzwonek alarmowy.

Ostatnia opinia biegłych z firmy pani Misterskiej dotyczy roku 1997. Jest co najmniej dziwna. "Sposób ujęcia w sprawozdaniu finansowym skutków zawartych umów jest niezgodny z zasadą współmierności przychodów i kosztów, określoną w art. 6 ustawy o rachunkowości, skutkiem czego wynik spółki został zawyżony o 18 mln zł". A dalej: "Roczny raport finansowy sporządzony został zgodnie co do formy i treści z obowiązującymi spółkę przepisami prawa i statutu".

Ta opinia została zaskarżona przez PUNU do prokuratora. - To oczywiste i świadome fałszowanie dokumentów - twierdzi Danuta Wałcerz. Spółka wykazała za rok 1997 niewielki zysk netto 2,1 mln zł. Skoro był on zawyżony o 18 mln zł, to w istocie miała znaczną stratę. Ale mimo to wypłaciła dywidendę za rok 1996 - ponad 3 mln zł.



Posiadacze akcji Polisy, mimo zniżki notowań na giełdzie, na razie nie mieli powodów do niepokoju.

Twórcza księgowość

Pomysł Polisy na dobre wyniki finansowe był prosty. Firma zawierała z zagranicznymi towarzystwami umowy reasekuracyjne, tzw. stop loss, którymi rzekomo ubezpieczała się od gorszych wyników finansowych.

Reasekuracja to normalna praktyka w firmach ubezpieczeniowych. Jeśli ubezpieczam np. fabrykę od pożaru na kwotę 500 mln zł, to sam się reasekuruję (często za granicą), by w razie czego mieć wspólnika, który wespół ze mną pokryje odszkodowanie. Reasekuracja polega na tym, że dzielę się ryzykiem i kosztami.

Zdaniem pani Wałcerz jednak umowy stop loss zawierane przez Polisę były nadużyciem. - Umowa reasekuracyjna musi przewidywać przejęcie części ryzyka. Tymczasem w tych umowach reasekurator żadnego ryzyka nie przejmował. Umowy służyły tylko zaciemnieniu bilansu.

Krótko mówiąc, sprytnie sformułowane umowy z reasekuratorami pozwalały Polisie ubarwiać stan swoich finansów. Firma zbierała coraz więcej składek i powinna była gromadzić odpowiednio duże rezerwy. "Kreatywne księgowanie" pozwalało Polisie twierdzić, że ma takie rezerwy, zabezpieczane przez reasekuratora. Tymczasem reasekurator niczego Polisie nie gwarantował.

- Rzeczywiście, te umowy to była forma kredytu, jaki zaciągała spółka - przyznaje były menedżer Polisy.

Zdaniem pani Wałcerz Misters Audytor zrezygnował z prowadzenia audytu w Polisie po tym, jak sprawa dziwnych umów stop loss wyszła na światło dzienne. Obsługę Polisy przejęła renomowana firma Ernst & Young, która zakwestionowała dotychczasowe sprawozdania finansowe: "Skutkiem umowy jest uzyskanie w pierwszym roku przychodu, w następnych latach ponoszenie tylko kosztów jego uzyskania. Przy czym najwyższe obciążenia kosztów przesyłane są ku końcowi okresu ich obowiązywania".

- Polisa podpierała się opiniami biegłych i specjalistów z branży, wskazujących, że takie praktyki są stosowane na całym świecie - mówi szefowa PUNU. - Rozmawiałam z fachowcami z firmy American Re., z którą Polisa zawarła umowę stop loss. Pokazałam im ślepy formularz umowy, bez wpisania nazw firm. "Czy według was to jest rzeczywiście umowa reasekuracyjna?" - pytałam. "Oczywiście nie" - odpowiedzieli. Wtedy wyjaśniłam, że tę właśnie umowę podpisała ich firma z Polisą. Byli skonsternowani.

- Polisa zwracała się także do nas - mówi Lesław Paga, szef renomowanej firmy Deloitte & Touche, pierwszy prezes KPW. - Powiedziałem, że nie zajmujemy się obdukcją trupów.</zwykly_tekst><srodtytul>Ostatnia deska rtunku

Według bilansu sporządzonego już zgodnie z wymogami prawa wartość kapitału Polisy wynosiła w roku 1998 minus 154 mln zł, a jedna akcja warta była minus 12 zł. Stało się jasne, że firma nie przetrwa bez inwestora strategicznego.

- Oni zwlekali z tym zbyt długo - mówi "konsultant finansowy". - Chcieli mieć inwestora, ale takiego, który dałby pieniądze i nie wtrącał się.

- Byliśmy bardzo rozczarowani współpracą z Polisą - twierdzi Wojciech Kaczorowski, jeden z dyrektorów w BIG Banku Gdańskim. - Mieliśmy nadzieję stworzyć grupę, która byłaby silna i w bankowości, i ubezpieczeniach. Ale szybko okazało się, że menedżerowie Polisy są mało odpowiedzialni. Zmniejszaliśmy więc nasze udziały w tej spółce. Ostatecznie w październiku 1999 r. spółki zależne od BIG-u wyzbyły się akcji Polisy.

Krótką przygodę z Polisą miały też Kredyt Bank, a później NFI Fortuna. Jednak w ostatnim roku działania firma potrzebowała 200-250 mln zł, by wykupić dawne długi i podnieść rezerwy.



- Gutek upierał się, że spółka musi być przez niego kontrolowana - opowiada konsultant. - Potem, gdy już wiedział, że musi oddać władzę, szukał inwestora bardzo nieprofesjonalnie. Myślał, że w międzynarodowych finansach działa się tak jak w środowisku chłopców z SZSP. Jak zna jakiegoś prezesa czy wiceprezesa dużego banku, to ma z nim sztamę. A w poważnych finansach tak się nie działa. Są procedury, trzeba sporządzić analizy opłacalności, później zatwierdza je specjalny komitet, rada nadzorcza... Gutek tego nie rozumiał. Brał za dobrą monetę, że prezes jakiegoś banku, którego kiedyś poznał, wyraził uprzejme zainteresowanie ofertą. Z tego nic jeszcze nie wynikało.

- Tak naprawdę jedyną poważną ofertę złożyła na początku 1999 r. niemiecka Victoria - mówi pani Wałcerz. - Byłam przekonana, że Niemcy kupią Polisę. Potem spotkali się ze mną i powiedzieli, że jednak rezygnują.

- Tu nie chodziło tylko o pieniądze - dodaje konsultant. - Niemcy dokładnie zbadali sytuację w Polisie i doszli do wniosku, że z takim bałaganem sobie nie poradzą. Musieliby zrobić desant i z miejsca wymienić kilkadziesiąt osób. Nie ma pan pojęcia, jakie są tu rodzinne powiązania. Od lat wszyscy byli przyzwyczajeni do tego, że mają wysokie pensje i premie za pozyskanie nowych klientów. A czy klient oznacza dla firmy zysk, czy stratę - nikt się nie martwił. Członkowie rady nadzorczej brali wysokie wynagrodzenia, które proponował zarząd. Dochody zarządu wyznaczała rada nadzorcza. Wszyscy byli zaprzyjaźnieni, więc nikt nikogo nie kontrolował.

- W Polisie nigdy nie było wewnętrznej kontroli - potwierdza pani Wałcerz. - Na całym świecie zdarzają się nadużycia w ubezpieczeniach. Są fałszywe szkody, zawyżane rachunki za naprawy samochodów... Tego nie wymyślono w Polsce. Nie wystarczy samo zaufanie. Trzeba ludzi kontrolować i wymagać, by postępowali zgodnie z procedurami. Tymczasem w Polisie każdy oddział miał swoją procedurę. Tam było bagno. Zarząd pozwalał na rozkradanie firmy. Pracowały nad tym całe rodziny. Jeden członek rodziny wystawiał polisę, inny zajmował się likwidowaniem szkody, a jeszcze inny prowadził warsztat samochodowy wystawiający rachunki.


Polisa ostatniego frajera

Już od 1998 r. Polisa była faktycznym bankrutem, funkcjonowała tylko siłą inercji. Kodeks handlowy nakłada na zarząd i radę nadzorczą spółki, której kapitały są ujemne i która przynosi trwałe straty, obowiązek zgłoszenia do sądu wniosku o upadłość. Za zaniedbanie tego obowiązku grozi odpowiedzialność karna, chodzi tu bowiem o ochronę interesów wierzycieli spółki.

Zarząd Polisy ani myślał rezygnować. 30 września 1999 r. Ministerstwo Finansów cofnęło Polisie zgodę na działalność ubezpieczeniową. PUNU usiłował wprowadzić zarządcę komisarycznego. Polisa broniła się na dwa sposoby: jej prawnicy dowodzili, że sytuacja spółki nie jest wcale taka zła, a szefowie co parę tygodni ogłaszali, że właśnie znaleźli inwestora, który wyłoży pieniądze.

- To była oczywista gra na zwłokę i działanie na szkodę spółki, skarbu państwa i wierzycieli - twierdzi pani Wałcerz.

Do sądu trafiały wnioski o upadłość Polisy składane przez ludzi, którym firma nie wypłacała odszkodowań, ale w ostatniej chwili wycofywano je. Po prostu spółka najbardziej natrętnych wierzycieli spłacała ze swego majątku. Postępowanie takie w rażący sposób naruszało kodeks handlowy. Przepisy o bankructwie chronią interesy wszystkich wierzycieli, a nie wybranych.

PUNU kilkakrotnie nakładał na Polisę kary za nierespektowanie zaleceń kontrolnych. Spółka nie płaciła, odwoływała się do NSA, wydawała duże pieniądze na prawników. Wreszcie w 1999 r. NSA uznał zasadność kary. PUNU dostał do ręki bat na Polisę, mógł wreszcie złożyć wniosek o upadłość. Jesienią 1999 r. również zarząd Polisy został zmuszony złożyć podobny wniosek do sądu. Zarządcę komisarycznego sąd zatwierdził dopiero w grudniu 1999 r. Przez pewien czas w Polisie istniała dwuwładza.

Jeszcze w grudniu stary zarząd ogłosił, że zamierza wycofać wniosek o upadłość. - To już były kpiny - wspomina Danuta Wałcerz.

Ostatnie miesiące zarząd Polisy poświęcił na ratowanie tego, co jeszcze da się uratować - dla siebie, nie dla spółki. Sprzedawano akcje i aktywa. Sprzedano np. udziały Polisy w spółce Kaskada, będącej właścicielem biurowca w centrum Warszawy. Udziały te kupił za 5 mln zł Dipservice - udziałowiec Polisy. Tymczasem wcześniej Polisa wyceniała udziały w Kaskadzie na ponad 40 mln.

Okazało się też, że niektórzy akcjonariusze - np. NFI Fortuna, który w ostatnim okresie działania spółki posiadał ponad 20 proc. jej akcji - mieli dodatkowe umowy, przewidujące wykup akcji przez spółki zależne od Polisy po określonej cenie. Ci uprzywilejowani stracili mało, może nawet zyskali.

Ostatni akt tragikomedii rozegrał się pod koniec grudnia 1999 r., kiedy to pojawił się "tajemniczy inwestor" - fundusz Tachyion TI eV Office Germany. Fundusz miał wyrazić chęć zainwestowania w Polisę 275 mln zł. Próbę skontaktowania się z inwestorem podjęli urzędnicy PUNU oraz zarządca komisaryczny. Bez skutku. Fundusz był instytucją fikcyjną, posiadającą skrytkę pocztową i stronę w Internecie. Informacje prasowe o "tajemniczym inwestorze" na krótko podbiły kurs akcji Polisy, który 20 grudnia 1999 doszedł do 1,60 zł. Gdy dwa miesiące później Polisa niechlubnie schodziła z parkietu, jej akcje kosztowały już tylko trzy grosze.






Gazeta Wyborcza:  Kraj • Świat • Gospodarka • Sport • Kultura • Nauka • Opinie • Fotografie • Świąteczna • Magazyn • Reportaż • Wysokie Obcasy • Na Plażę

Serwisy:  Auto-Moto • Czas wolny • Dom i Nieruchomości • Edukacja • Film • Kobieta • Komputery • Książki • Kuchnia • Muzyka • TV • Turystyka • Zdrowie

Praca i Pieniądze:  Biznes • Giełda • Moje Pieniądze • Praca • Waluty    Ogłoszenia i Usługi:  Adresy • Bazy Danych • Ogłoszenia

Twój Internet:  Poczta • Kartki • Szukaj • Czat • Forum • Radio • Gry Online • Gadżety • Pogoda


Gazeta WyborczaCopyright © AGORA S.A.Ochrona prywatności i warunki użytkowania serwisuOgłoszenia u nasReklama u nasPomoc