Witold Gadomski (13-05-00
00:00) 2000-05-13 Sam fakt nagromadzenia w Polisie tylu
peerelowskich prominentów i ich rodzin nie byłby naganny, gdyby nie
to, że firma żywiła się kapitałem państwowym. I gdyby nie to, że
Polisa dostała ten kapitał od swoich kolegów - równie prominentnych
polityków rządzącej SLD
Lata 80. to była bonanza -
wspomina mężczyzna usadowiony w ciężkim, skórzanym fotelu. Mówi o
sobie "konsultant finansowy". Jak wiele osób w tej opowieści godzi
się na rozmowę ze mną pod warunkiem nieujawniania nazwiska. -
Władzom zależało, żeby młodzież zajęła się czymś innym niż polityką.
A pieniędzy nie robiło się na państwowej posadce, lecz w biznesie.
Partia nie miała nic przeciwko temu, by młodzi się bogacili. Ba,
zachęcała do tego. Kto miał łeb, szybko się dorabiał. Trzeba było
mieć dobry szyld, jakąś organizację młodzieżową, a najlepiej
spółdzielnię studencką. Tacy spółdzielcy nie zajmowali się
ideologią, lecz i tak byli blisko władzy, bo mieli forsę. Ci z
Ordynackiej (siedziba Socjalistycznego Związku Studentów Polskich,
później Zrzeszenia Studentów Polskich) uważali ich za swoich. Ci z
Mostowskich (siedziba SB) pewnie też.
W
życiorysach polskich biznesmenów, drukowanych przed kilku laty w
"Gazecie", jak refren przewija się zdanie: "Pierwsze pieniądze
zarobił w spółdzielni studenckiej". Tak podobno zaczynali i
dzisiejszy miliarder Aleksander Gudzowaty, i hochsztapler Lech
Grobelny. W latach 60. i 70. spółdzielnie studenckie były formą
wspierania uboższych studentów. Za niewielką, czasami pozorną pracę
można było zarobić równowartość średniej krajowej renty. W
spółdzielniach istniała ścisła hierarchia. Ci na samym dole musieli
wstawać przed świtem i czekać w kolejce na byle jaką fuchę - mycie
okien czy sprzątanie hal fabrycznych. Ci w środku pracowali na kilka
książeczek, dostawali lukratywne zlecenia, a czasami odpalali dolę
tym na samej górze. Tam można było robić prawdziwy biznes. Tam też
zaczynała się droga na salony wielkiej polityki.
Spółdzielnie były zapleczem finansowym organizacji
młodzieżowych. A organizacje były zapleczem władzy. Tu rosły kadry,
które miały rządzić PZPR i Polską.
-
Gutka znałem z SGPiS-u - kontynuuje "konsultant finansowy". - Był
trochę starszy ode mnie. Poza tym ja studiowałem handel zagraniczny,
a on na innym wydziale. Zawsze miał głowę do interesów. Tak
przynajmniej wówczas się wydawało. Miał w sobie jakąś charyzmę.
Zawsze otoczony grupką kolegów, dziewczyn, zawsze miał pieniądze.
Wiadomo było, że jest kimś. Ze spółdzielniami studenckimi związany
był przez lata. W latach 80. został prezesem Związku Spółdzielni
Studenckich. Trochę to śmieszne, miał przecież ponad 40
lat.
Stanisław Gutek w życiorysach
publikowanych w prospektach emisyjnych akcji TUR Polisa SA pisze o
sobie: "wieloletni działacz gospodarczy". Spółdzielnia mu nie
wystarczała. Założył więc kilka spółek, m.in. spółkę akcyjną
Bratniak. Nazwa nawiązywała do jednej z najstarszych korporacji
studenckich. W Bratniaku rządzili Stanisław Gutek, Marek Binięda,
Zygfryd Kielarski, Andrzej Chojnacki. Znali się od lat.
Zygfryd Kielarski, przyjaciel Gutka i jego
zastępca w Bratniaku, ma dziś 52 lata. Według oficjalnego życiorysu
jest magistrem agrotechniki i absolwentem Wyższej Szkoły
Pedagogicznej, wieloletnim działaczem SZSP i członkiem zarządów
organizacji gospodarczych. Był ostatnim prezesem słynnej
Agrotechniki. Spółkę założyli na początku lat 80. działacze Związku
Młodzieży Wiejskiej. Dostali zezwolenie na działalność od ministra
finansów. Handlowali jajami i mięsem, hodowali świnie, zajmowali się
drobną produkcją. Nic w tym złego, tyle że nie dawało to większych
pieniędzy. Prawdziwe zyski przyszły, gdy zajęli się handlem
zagranicznym.
Pomysł był prosty.
Agrotechnika, podobnie jak spółdzielnie studenckie, miała status
j.g.u. - jednostki gospodarki uspołecznionej. J.g.u. to genialny
wynalazek na robienie pieniędzy pod rządami walącego się socjalizmu.
W latach 80. powiększał się zakres swobody gospodarczej, jednak w
wielkich, państwowych firmach wciąż obowiązywały plany, przydziały,
limity. Firmy prywatne miały trudności z uzyskiwaniem zezwoleń.
Wystarczyło jednak założyć spółdzielnię, by zdobyć stempelek
j.g.u.
Dzięki temu
stempelkowi - i dobrym układom - Agrotechnika mogła kupować dewizy
po kursie oficjalnym, kilkakrotnie niższym od czarnorynkowego. Na
takim biznesie nie można było stracić. Spółka handlowała wszystkim,
co dało się sprzedać. Jako jedna z pierwszych sprowadzała z Tajwanu
komputery składaki. Jej szefowie zarabiali po kilka milionów złotych
miesięcznie - równowartość ówczesnej pięcioletniej średniej płacy
krajowej.
W 1987 r. Agrotechniką zajął
się NIK, ale część mediów kreowała ją na pioniera nadchodzącego
kapitalizmu. W 1992 r. firma zbankrutowała. Okazało się, że jej
menedżerowie nie potrafią działać w warunkach rzeczywistego rynku.
Kielarski został likwidatorem spółki.
Kariera 64-letniego Wiktora Sielanki związana jest
ze spółdzielniami pracy. W PRL spółdzielnie te przez wiele lat
dawały schronienie biznesmenom, którzy obawiali się działać z
podniesioną przyłbicą. Tyle że trzeba było utrzymywać czapę
urzędników z Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy i związków
wojewódzkich. Czapę zlikwidowano dopiero w roku 1990, a wielu
"spółdzielców" z ulgą porzuciło dotychczasowy status i zawiązało
spółki.
Sielanko był prezesem CZSP. Gutka
znał od lat, choćby stąd, że spółdzielnie studenckie podlegały CZSP.
Po likwidacji centrali spółdzielczej jej działacze utworzyli dość
dziwny byt, który nazwali Spólnota Pracy - Spółdzielnia Osób
Prawnych. Sielanko został prezesem. Ale ambicje panów sięgały
najbardziej prężnego sektora nowoczesnego rynku - rynku finansów.
Założyli Polisę.
Pionierskie
lata
Znali się na prawie
spółdzielczym, więc założyli spółdzielnię. Licencję uzyskali już w
1988 r.; przyznał ją Andrzej Wróblewski, minister finansów w rządzie
Rakowskiego. Gdy Polisa przekształciła się w spółkę, okazało się, że
Wróblewski jest jej udziałowcem.
Początkowo mieli się nazywać Secura. Zmienili
nazwę. Chyba dlatego, że Secura mogła się w Polsce kojarzyć co
najwyżej z tajnymi służbami (np. z rumuńską Securitate). 17 marca
1989 zarejestrowano Spółdzielcze Towarzystwo
Ubezpieczeniowo-Reasekuracyjne "Polisa". O kilka dni wyprzedziła je
łódzka Westa (też z początku spółdzielnia). Spółdzielczą Polisę
tworzyły: CZSP, spółka Bratniak, kilka spółdzielni studenckich,
osoby prywatne i instytucje państwowe.
-
Do Polisy trafiłem z ogłoszenia - wspomina Bogdan Dąbrowski, przez
kilka lat wiceprezes firmy, później prezes spółki Polisa-Życie. -
Wcześniej pracowałem w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego i
Budownictwa "Energopol", który prowadził roboty m.in. w ZSRR.
Zajmowałem się spedycją i ubezpieczeniem ładunków. A jeszcze
wcześniej przez wiele lat pracowałem w PZU i Warcie. W sierpniu 1989
r. spotkałem się z grupą ludzi organizujących Polisę. Nikt z nich
nie miał żadnego doświadczenia z ubezpieczeniami. Na początku miałem
być szefem oddziału warszawskiego. Gdy we wrześniu dwóch panów,
którzy mieli wejść do zarządu, zrezygnowało, zostałem wiceprezesem.
Zatrudnialiśmy tylko kilka osób. Nie mieliśmy niczego, nawet wzorów
dokumentów. Ktoś odręcznie kleił blankiety, a kierowca wycinał je z
papieru, żeby dać do powielania. Ja siedziałem przy telefonie i
obdzwaniałem znajomych z PZU i Warty, zachęcając do pracy w Polisie.
W listopadzie wystawiliśmy pierwsze umowy ubezpieczeniowe.
Załatwiłem obsługę ubezpieczeniową Energopolu. Znałem tę firmę i
wiedziałem, że ryzyko jest niewielkie.
Energopol został też udziałowcem spółki, w którą
Polisa przekształciła się w roku następnym.
- To była wówczas normalna sprawa - mówi były
menedżer Polisy. - Pieniędzy szukało się u wszystkich "krewnych i
znajomych Królika". Każdy przyprowadzał ze sobą jakąś państwową
firmę lub instytucję, która dawała pieniądze i kontakty.
Pierwszym prezesem został Zygfryd Kielarski. Po
kilku miesiącach przeszedł do rady nadzorczej, a szefem został Marek
Binięda, obecny prezes Towarzystwa Ubezpieczeniowego PBK. Absolwent
ekonomii na Uniwersytecie Warszawskim, działacz studencki. Koledzy
uznali, że ma najlepsze kwalifikacje menedżerskie. Ale od początku
było wiadomo, że Polisą rządzi nie on, lecz Gutek, Kielarski i
Sielanko.
Po kilku latach Binięda odszedł
z firmy. - To niezdrowa sytuacja, gdy kierujący firmą tak naprawdę o
niczym nie może decydować, bo ma nadkierownika - podsumowuje tamto
doświadczenie.
- Członkowie rady
nadzorczej mieli niezłe dochody, ale członkowie zarządu jeszcze
większe - mówi Dąbrowski. - Więc Gutek szybko doszedł do wniosku, że
to on powinien kierować firmą.
Same
laurki
W 1990 r. Sejm przyjął ustawę o
ubezpieczeniach, zgodnie z którą firmy ubezpieczeniowe muszą mieć
formę spółki akcyjnej lub towarzystwa ubezpieczeniowego.
Spółdzielnia Polisa musiała przekształcić się w spółkę.
Spółkę zarejestrowano w kwietniu 1991 r. z
kapitałem 6 mld starych złotych (600 tys. nowych). Założycielami
było 18 podmiotów i kilkadziesiąt osób fizycznych. Wśród instytucji
m.in.: Krajowy Kombinat Spółdzielczy z Gdańska, Bratniak SA, urząd
wojewody piotrkowskiego, Studencka Spółdzielnia Pracy
"Techno-Service", Spółdzielnia Osób Prawnych "Bratnia Pomoc",
likwidator CZSP, Spólnota Pracy, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne,
urząd prezydenta Warszawy. Wśród osób fizycznych największy udział
mieli: Waldemar Witkowski - prezes Studenckiej Spółdzielni
"Akademik" z Poznania i jednocześnie spółdzielni mieszkaniowej -
oraz panowie Gutek, Kielarski, Sielanko. Zasada była prosta -
prezesi państwowych firm i instytucji, które zakładały Polisę,
dostawali pakiet akcji.
W tym czasie
rodzący się kapitalizm był przyjmowany w mediach z entuzjazmem
podobnym temu, jaki towarzyszył piecom Magnitogorska i budowie Nowej
Huty. Bohaterami pracy kapitalistycznej stawali się Grobelny,
Bagsik, Wilczek i Sekuła, a także właściciele dziesiątków
mikroskopijnych banków, które wkrótce zaczęły padać jak muchy.
Entuzjastyczne, a przynajmniej pozytywne, opinie zbierała też
Polisa.
"Nie nastawia się na liczbę
zawieranych ubezpieczeń" - pisała w roku 1990 "Gazeta Bankowa".
"Pracuje bez większego rozgłosu, o reklamę nie zabiega. Dlatego też
większość klientów Polisy zapewne nie wie, że nastąpiło znaczne
zwiększenie gwarancji wypłacalności firmy. Towarzystwo otrzymało
bowiem zezwolenie na reasekurację zagraniczną". Po kilku latach
właśnie reasekuracja zagraniczna okazała się gwoździem do trumny
Polisy, ale w pierwszym roku planu Balcerowicza nikt tego nie
przewidywał.
"Mały tygrys na rynku" -
zatytułowała swój artykuł w 1993 r. "Nowa Europa". "Rok 1992 to dla
Polisy czas przełamywania impasu. Rynkową pozycję firmy
charakteryzują coroczne rosnące wskaźniki obrotu. Wypłaty
odszkodowań, aczkolwiek też rosnące, pozwalały towarzystwu
akumulować środki na funduszach rezerwowych".
"Strategia zrównoważonego rozwoju" - to tytuł
wywiadu z prezesem Gutkiem, przeprowadzonego w 1996 r. przez "Nowe
Życie Gospodarcze". Prezes oznajmiał: "Zarówno przez społeczeństwo,
jak i przez środowiska biznesu jesteśmy postrzegani jako firma
ubezpieczeniowa o określonym poziomie wiarygodności. Zajmujemy
trzecią pozycję na rynku ubezpieczeń, co ujawniła prasa, pisząc o
nas".
Jeden z nielicznych tekstów
odbiegających od tonu laurki zamieściła "Gazeta Bankowa" w styczniu
1993 r. Miłosz Węglewski (dziś komentator finansowy "Gazety
Wyborczej") pisał w artykule "Szansa bez gwarancji": "Obawiać się
można, że brak zgody Komisji Papierów Wartościowych na dopuszczenie
do publicznego obrotu papierów Polisy mógłby oznaczać początek końca
jej egzystencji na rynku".
Nawet w
ostatnich latach, gdy firma znalazła się w dramatycznej sytuacji, a
jej szefowie za wszelką cenę starali się ukryć prawdę, nikt nie
ośmielił się napisać, że Polisa jest faktycznym
bankrutem.
Na
giełdę!
Nieustanną bolączką Polisy był
nikły kapitał założycielski. Początkowe 600 tys. zł (nawet jeśli
pamiętać, że dziś - uwzględniwszy inflację - byłaby to kwota parę
razy większa) to pieniądze mikroskopijne jak na firmę, która działa
w ubezpieczeniach. Szansę na podniesienie kapitału stwarzał rynek
kapitałowy i giełda. W ostatnich dniach 1992 r. Polisa otrzymała
zezwolenie od Komisji Papierów Wartościowych na sprzedaż akcji w
obrocie pozagiełdowym.
- To było
zezwolenie z dużym zastrzeżeniem - mówi Lesław Paga, ówczesny szef
Komisji. To zastrzeżenie znalazło się w oficjalnym piśmie KPW.
Komisja bardzo uważnie przyglądała się Polisie, później cofnęła
zezwolenie na wejście na giełdę.
Zastrzeżenie dotyczyło przede wszystkim zbyt
niskiego marginesu wypłacalności. Firma ubezpieczeniowa, podobnie
jak bank, ściąga pieniądze od klientów i lokuje je w taki sposób, by
przyniosły możliwie duży zysk. Finansiści lubią mówić, że są to
instytucje zaufania publicznego. Chodzi o to, że pieniądze, którymi
obraca firma ubezpieczeniowa (a także bank), w dużej części należą
do klientów. Klienci muszą ufać, że ich pieniądze, powierzone firmie
ubezpieczeniowej, są bezpieczne, że firma wywiąże się z przyjętych w
umowie zobowiązań. Firma musi więc posiadać tzw. margines
wypłacalności, który zgodnie z przepisami wynosi w Polsce 16 proc.
od sumy zebranych składek. Innymi słowy: im więcej firma ściąga
składek, tym większy musi być jej kapitał własny. Na dobrą sprawę
firma może bez trudu zwiększać pobór składek, oferując klientom
dogodniejsze warunki ubezpieczeń niż konkurencja. To jednak wymaga
stałego podnoszenia kapitału własnego.
"Krewni i znajomi Królika" niewiele dali Polisie.
W dodatku spółdzielnia, a potem spółka, płaciła bardzo wysoką
dywidendę. - Po pierwszym roku działalności dywidenda wyniosła
siedmiokrotność włożonych kapitałów - wspomina Bogdan Dąbrowski,
ówczesny wiceprezes. - To zachęcało do nabywania naszych
akcji.
W ciągu niespełna dziesięciu lat
swego istnienia Polisa miała tyle emisji akcji, że przestało
wystarczać liter w alfabecie (każda emisja ma serię oznaczoną
literą). Początkowe emisje były zamknięte - oferowane tylko wybranym
osobom i firmom. Serie A i B to akcje uprzywilejowane, będące w
posiadaniu założycieli, dające pięć razy więcej głosów na walnym
zgromadzeniu akcjonariuszy i o 20 proc. wyższą dywidendę. W grudniu
1992 r. KPW dopuściła do obrotu akcje serii B i C. Akcje C zostały
sprzedane spółkom zależnym od BIG-u (Bel-Leasing Ltd. i Forin sp. z
o.o.) oraz Animex Bankowi. W ten sposób BIG stał się na pewien czas
głównym udziałowcem Polisy. W gruncie rzeczy mógłby nawet przejąć
kontrolę nad Polisą, musiał jednak akceptować statut spółki, który
przewidywał, że każdy udziałowiec, niezależnie od posiadanego
kapitału, może na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy mieć nie więcej
niż 20 proc. głosów. Wkrótce zresztą przyszły nowe emisje i udział
spółek zależnych od BIG-u został rozwodniony. Animex z kolei upadł w
sierpniu 1994 r. - prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie ogromnych
nadużyć, do jakich doszło w tym banku.
18
sierpnia 1994 r. Komisja Papierów Wartościowych cofnęła Polisie
zgodę na dopuszczenie do publicznego obrotu akcji. Formalnym powodem
było nierównoprawne traktowanie akcji kolejnych serii. Firma na
razie musiała o giełdzie zapomnieć.
Ponownie KPW dopuściła akcje Polisy do publicznego
obrotu w październiku 1995 r. - Cieszę się, że niechlubny okres w
naszej historii dobiegł końca - komentował Zygfryd Kielarski. -
Polisa wraca na rynek publiczny, tym razem na stałe.
Nie tak prędko. Zwykle od ujawnienia zamiaru
wejścia na giełdę do pierwszych notowań mija rok. Polisa
potrzebowała na to czterech lat.
Wejście na rynek publiczny,
którego ukoronowaniem są notowania na Giełdzie Papierów
Wartościowych, daje spółce możliwość pozyskiwania nowego kapitału.
Ale noblesse oblige. Spółka publiczna ma obowiązek podawania
informacji o sobie - o swych udziałowcach, powiązaniach
kapitałowych, ba, nawet o zarobkach zarządu i rady nadzorczej. KPW
wciąż zwlekała, ponieważ Polisa nie dostarczała odpowiednich
dokumentów. Chodziło o wyjaśnienie dziwnych umów reasekuracyjnych i
niejasności księgowych. Polisa sama prosiła o odroczenie notowań.
Jak powiedział wówczas "Gazecie" szef KPW Jacek Socha, "Polisa chyba
nie do końca rozumiała, co znaczy bycie spółką publiczną".
Pierwsze notowanie miało miejsce dopiero 20
listopada 1996 r. Akcje szły po 9 zł. Na kolejnych sesjach spadały.
W maju 1997 r. przeżyły krótkotrwałą hossę, dochodząc do 9,4 zł.
Później było coraz gorzej.
Króliki
bogate i cwane
Zanim akcje Polisy
weszły na giełdę, udało się podnieść kapitał do 27 mln zł. Suma
wciąż niewielka jak na firmę ubezpieczeniową. Spółka miała cztery
zamknięte emisje. Trzy zostały objęte przez instytucje państwowe,
jedna przez osoby prywatne, którym imiennie zaproponowano kupno
akcji. Najwięcej w wianie dały:
Agencja
Własności Rolnej Skarbu Państwa - 385 tys. zł (czerwiec
1994),
Państwowy Fundusz Rehabilitacji
Osób Niepełnosprawnych - 4,8 mln zł (lipiec 1995),
Agencja Rozwoju Gospodarczego (obecnie Państwowy
Fundusz Gwarancyjny) - 4,3 mln zł (lipiec 1995),
Dipservice (dawniej Przedsiębiorstwo Obsługi
Cudzoziemców "Puma") - ok. 0,5 mln zł (grudzień 1993 i styczeń
1995).
Był to okres rządów koalicji
SLD-PSL i na czele agencji stali ludzie przychylni koalicji. - Byłem
obecny przy negocjacjach z PFRON, gdzieś w połowie 1995 r.,
dotyczących objęcia przez fundusz akcji Polisy - wspomina były
menedżer spółki. - Wzięliśmy ze sobą panią Marię Oleksy, która była
doradcą prezesa. Właściwie to nie były żadne negocjacje, tylko
towarzyskie pogaduszki, najwięcej o tym, jakie szanse wyborcze ma
Aleksander Kwaśniewski. Pamiętam, jak ktoś mówił "towarzysz
Kwaśniewski". Trochę mnie to śmieszyło, bo odwykłem od tych
partyjnych zwrotów. Było jasne, że PFRON kupi akcje po cenie, jaką
zaproponujemy. Nikt się nie targował.
PFRON objął akcje powyżej ceny rynkowej. Nawet
gdyby je sprzedał w momencie, gdy były najdroższe - w maju 1997 r. -
i tak poniósłby realną stratę. Tyle że PFRON nigdy swych akcji nie
sprzedał. Zachował je aż do upadku Polisy. Prezesem PFRON był
wówczas Karol Świątkowski, którego w 1996 r. zastąpił Roman
Sroczyński, obecny poseł SLD. Dziś obaj nie poczuwają się do winy za
zmarnotrawione środki państwowe.
Agencja
Rozwoju Gospodarczego zapłaciła akcjami posiadanych przez siebie
spółek. Przepłaciła nieco mniej niż PFRON, ale też na Polisie
straciła. Akcje nabyte w zamian za wniesiony aport nie mogły być
zbywane przez półtora roku, a ich wartość systematycznie
spadała.
Agencja Własności Rolnej Skarbu
Państwa swoje udziały opłaciła aportem w postaci nieruchomości pod
Warszawą (w miejscowości Paszków koło Nadarzyna), przy czym metr
kwadratowy ziemi został wyceniony na 34 gr. Rzeczywista cena ziemi
na tych terenach wynosiła wówczas kilka dolarów za metr. Tym
sposobem Agencja podarowała Polisie kilka milionów złotych.
Instytucje państwowe poza wniesieniem kapitału
zawierały z Polisą umowy dotyczące ubezpieczenia ich pracowników lub
klientów. Wszystkie te transakcje zostały zakwestionowane przez NIK,
która w 1996 r. przeprowadziła kontrolę i skierowała wnioski do
prokuratora. Nikomu jednak włos z głowy nie spadł, choć fakty
świadczyły jednoznacznie o przechwyceniu państwowego majątku przez
prywatną spółkę.
Przez wiele lat Polisa
płaciła wysokie dywidendy. Płaciła więcej, niż było ją stać. Tyle że
nie wszyscy udziałowcy upomnieli się o zapłatę. Według raportu NIK
instytucje państwowe nie odebrały 157 tys. zł należnych im
dywidend.
Jednak niektórym inwestorom
akcje były oferowane na znacznie korzystniejszych warunkach. Emisję
E z czerwca 1993 r. nabyło kilkadziesiąt osób, wśród których wiele
należało do kręgów dawnej
nomenklatury.
Czerwona
pajęczyna
Sprawę ujawniło 28
października 1995 r. "Życie Warszawy". Większość informacji o
udziałach w Polisie można było znaleźć w jawnym i dostępnym dla
wszystkich prospekcie emisyjnym. Ta jawność to cena, którą spółka
musiała zapłacić za wejście na giełdę. Uwagę prasy przykuły nazwiska
dwóch żon prominentów - Jolanty Kwaśniewskiej i Marii
Oleksy.
- Jola to była ikona, którą się
pokazywało, gdy chciało się załatwić jakiś interes z firmą, której
szef sympatyzował z socjaldemokracją - mówi były menedżer Polisy. -
Ale ani jej udziały, ani wpływ na spółkę nie były istotne. Inaczej
było z panią Oleksy. Była doradcą czy konsultantem naszej firmy. Jej
mąż był wtedy premierem. Miała nieograniczony dostęp do Gutka i do
wszystkich urzędników w państwie. Tak jak wiele innych osób
postrzegałem ją jako szarą eminencję firmy.
Jak wynika z prospektu, Jolanta Kwaśniewska
posiadała 1000 akcji serii E nabytych po 3,50 zł za akcję i 1028
akcji serii F, których cena emisyjna wynosiła 10 zł. Ponieważ obie
emisje były skierowane tylko do wybranych inwestorów, nie wiadomo,
na jakich warunkach sprzedano akcje (z jakimi upustami, jaki był
okres płatności itp.).
W styczniu 1995 r.
został przeprowadzony tzw. split, czyli podział akcji. Jedną
dotychczasową akcję zastąpiło pięć nowych. W ten sposób pani
Kwaśniewska stała się posiadaczką 10 tys. 140 akcji, których cena
nominalna wynosiła teraz 2,50 zł. Z tego 5 tys. akcji serii E
kupowała po 70 gr (3,50 zł przed splitem), gdy państwowe instytucje
płaciły ponad dziesięć razy drożej.
Gdyby
Kwaśniewska sprzedała te akcje zaraz po rozpoczęciu notowań, czyli w
październiku 1996 r., otrzymałaby za nie przeszło 80 tys. zł, co
oznacza zysk w granicach 60 tys. zł. Pani Kwaśniewska odmówiła
"Gazecie" ujawnienia pełnych rachunków obrotu akcjami Polisy. "Życie
Warszawy" twierdziło, że żona prezydenta posiada ponad 20 tys.
akcji, czyli dwukrotnie więcej, niż wykazywał prospekt (pokazujący
stan na 31 grudnia 1994 r.). Z kolei Kwaśniewska w liście do "Życia
Warszawy" z 1995 r. pisała, że za akcje zapłaciła w sumie 48 tys.
900 zł, ale nie podała, jakie emisje posiada i po jakiej cenie je
kupowała. W różnych wypowiedziach dla gazet twierdziła, że Polisa
była jedną z gorszych transakcji, jakie zrobiła w swym życiu. Zanim
została Pierwszą Damą, zajmowała się obrotem nieruchomościami,
podobno z sukcesem.
W wywiadzie dla
"Gazety" (z 17 listopada 95 r.) Stanisław Gutek tak wyjaśniał
zaangażowanie Kwaśniewskiej w Polisę: "Znałem ją wcześniej.
Spotkaliśmy się kiedyś i powiedziałem, że jest wspaniała okazja do
zainwestowania pieniędzy. - Eee, daj spokój, ja teraz muszę mieć
pieniądze na mieszkanie - odpowiedziała. Ja na to: Skonsultuj się z
Olkiem. - Olek przychodzi do domu zmęczony i nie ma głowy do takich
spraw, zaraz kładzie się i śpi - mówiła. - To ty sama zaryzykuj.
Trochę się zastanawiała, ale w końcu zdecydowała kupić akcje. Jestem
przekonany, że to była jej decyzja".
Maria Oleksy, żona ówczesnego premiera, pokazała w
październiku 1995 r. zaświadczenie dowodzące, że ma 15 tys. 162
akcje - w tym akcje serii E i F, oferowane dla wybranych inwestorów
po okazyjnej cenie - i dodatkowo 13 tys. akcji K (wynikających z
prawa poboru, czyli przywileju zakupu nowych akcji przez
dotychczasowych posiadaczy). Według wyceny giełdowej z października
1996 r. akcje te warte były 121 tys. zł. Pani Oleksy nabyła je za
kilkanaście tysięcy.
Sumy zaangażowane
przez prywatnych "krewnych Królika" w Polisę nie były oszołamiające.
Również zyski mogły przyprawiać o zawrót głowy pracownika
budżetówki, ale nie "ludzi z towarzystwa" - tyle kosztuje średniej
klasy samochód. To, co było rzeczywiście bulwersujące, to to, że
prominenci kupowali akcje wielokrotnie taniej niż firmy państwowe,
które od prominentów były w taki czy inny sposób zależne. Zdumiewało
też, że indywidualni inwestorzy dobrani zostali wyłącznie z jednej
półki. Poza dwiema wymienionymi paniami udziałowcami Polisy
byli:
Manfred
Gorywoda, wicepremier w rządzie Zbigniewa Messnera,
Andrzej Wróblewski, minister finansów w rządzie
Rakowskiego,
Tadeusz Sawic - były
przewodniczący ZSP i szef Wydziału Kultury KC PZPR, później
założyciel Savim-Banku (oraz jego żona),
Witold Nawrocki - były działacz SZSP,
Andrzej Kratiuk - działacz SZSP, partner
Nawrockiego w kancelarii prawnej KNS,
Waldemar Krajewski - były szef PZPR w
Radiokomitecie,
Krzysztof
Czeszejko-Sochacki, adwokat reprezentujący w sądach wielu
PRL-owskich prominentów (m.in. Grzegorza Żemka, jednego z głównych
oskarżonych w aferze FOZZ). Itd., itp. Gdyby ktoś szukał klasycznej
spółki nomenklaturowej, bez wahania mógłby wskazać na
Polisę.
Sam fakt nagromadzenia w Polisie
tylu byłych i aktualnych prominentów i ich rodzin nie byłby rzecz
jasna naganny (A co, Gorywoda nie ma prawa do życia w tej Polsce? -
pytał retorycznie Gutek), gdyby nie to, że żywiła się ona kapitałem
państwowym. Politycy rządzącego wówczas SLD natychmiast zwarli
szeregi. Podczas sejmowej debaty o Polisie wykazali podziwu godną
dyscyplinę i jednomyślność.
- Szkoda, że
moja żona nie zrobiła tak dobrego interesu - żartobliwie kwitował
całą sprawę Grzegorz Kołodko, który jako minister finansów winien
dbać o majątek skarbu państwa, w oczywisty sposób topiony w
Polisie.
- W całej sprawie nie ma niczego
nagannego - zapewniał minister sprawiedliwości i prokurator
generalny Jerzy Jaskiernia. Nic dziwnego, że prokuratura wbrew
wnioskowi NIK nie skierowała sprawy do sądu.
- Niech mi będzie wolno wyrazić głęboki niesmak,
ubolewanie, a wręcz obrzydzenie dla złamania w tej izbie przez jeden
z klubów pięknych tradycji demokratycznych Polski - wołał Marek
Mazurkiewicz, przewodniczący komisji konstytucyjnej. - Czy pan
Krzysztof Król skończył już bić swoją żonę? - dowcipkował. Ani słowa
o tym, że prominenci i ich rodziny przywłaszczyli państwowy
majątek!
Trzeci, czyli
bankrut
Na początku lat 90. powstało w
Polsce kilkanaście małych firm ubezpieczeniowych. Ale rynek wciąż
zdominowany był przez jedną - Powszechny Zakład Ubezpieczeń. Na
drugim miejscu była i jest Warta, dalej - cała reszta. Dystans
dzielący obu potentatów od nowych firm był zawsze ogromny. - Żałuję,
że PZU nie podzielono na dwa mniejsze towarzystwa - mówi Danuta
Wałcerz, prezes Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń.
Małe firmy musiały dostosowywać swoje taryfy do
PZU, ba - żeby konkurować, musiały oferować klientom niższe stawki.
Tymczasem PZU narzucał ceny dumpingowe. - Decydujący był rok 1996,
gdy PZU nie podniósł stawek mimo wysokiej inflacji - twierdzi były
menedżer Polisy. - Inni musieli się do tego dostosować i wpadali w
deficyt. PZU cały czas funkcjonował na stratach, ale o zlikwidowaniu
państwowego monopolisty nikt nie myślał. To nie była uczciwa
konkurencja.
Prywatne firmy
ubezpieczeniowe przeżywały kłopoty nie tylko z powodu konkurencji
dwóch potentatów. Niemal wszystkie miały mikroskopijny kapitał i
fachowców, którzy dopiero uczyli się ubezpieczeniowego biznesu, a
nierzadko - nieuczciwych właścicieli i zarządców. Nic dziwnego, że
padały jak muchy.
Pierwsza zbankrutowała
w 1993 r. Westa, która w początku lat 90. zyskała silną trzecią
pozycję na rynku i notowała największą dynamikę. Prezes Janusz
Baranowski (senator w latach 1991-93) zapowiadał, że jego firma
wkrótce prześcignie Wartę. Tymczasem kontrola przeprowadzona przez
Ministerstwo Finansów dowiodła, że Westa fałszuje wyniki. Znaczne
sumy wytransferowano na konta w Luksemburgu. Prokuratura postawiła
zarzuty kilku osobom z zarządu firmy i właścicielom spółek, które
Westę okradały.
Przez krótki czas trzecią
pozycję na rynku miał Feniks SA z siedzibą w Katowicach.
Zbankrutował w 1996 r. Straty klientów szacowano na 12 mln zł. Akt
oskarżenia objął 19 osób - zarząd i pracowników. Według policji
Feniks podpisał ok. 100 różnych fikcyjnych umów, które posłużyły za
podstawę do przelewów pieniędzy. Część wypłat gotówkowych lokowano
m.in. w akcje Banku Komercyjnego "Privat" SA w Poznaniu, który
później zmienił nazwę na Poznański Bank Handlowy "Merkury" SA. Bank
też zbankrutował.
W 1996 r. upadły też
poznańska Hestja (nie mylić z sopocką Hestia Insurance) oraz Gryf.
Aresztowano przewodniczącego rady nadzorczej i głównego udziałowca
Gryfa pod zarzutem podawania fałszywych danych w sprawozdaniach dla
Ministerstwa Finansów i działania na szkodę firmy. Przewodniczący
razem z prezesem zarządu narazili firmę na straty 2,3 mln
zł.
Upadek konkurencji sprawił, że Polisa
zyskała nowych klientów. Przez kilka lat zajmowała pewne trzecie
miejsce. Prezesi chwalili się tym w każdym wywiadzie. Złośliwcy
twierdzili, że trzeci to znaczy pewny
bankrut.
Kto kontroluje
kontrolera?
- Prawie wszystkie firmy
prywatne powstawały na państwowym majątku - mówi "konsultant
finansowy". - Te akcje Joli, ta "czerwona pajęczyna", to wszystko
prawda, ale niech pan poskrobie w innych spółkach... Wszędzie tak
było. Problem w tym, że inni od nomenklaturowości odchodzili, spółki
były oczyszczane, wchodzili zagraniczni udziałowcy, menedżerowie z
prawdziwego zdarzenia. Inne spółki nomenklaturowe szukały kontaktów
w środowiskach niekomunistycznych; niech pan spojrzy na BIG. Gutek
tego nie potrafił. I zaczął się zjazd po równi pochyłej.
Ujawnienie powiązań nomenklaturowych pozornie nie
zaszkodziło prestiżowi Polisy. Jej szefowie cieszyli się z darmowej
reklamy. Spółka debiutowała wreszcie na giełdzie i mogła gromadzić
kapitały. Okazało się, że to nie takie proste. Kapitał akcyjny
wprawdzie rósł, ale zbyt wolno. A po raporcie NIK i burzy w mediach
kapitał państwowy przestał zasilać Polisę. Spółka ogłaszała jedną
emisję za drugą, lecz coraz trudniej było znaleźć chętnych na akcje.
Ostatnia udana emisja miała miejsce w 1998 r. Kredyt Bank-PBI
zgodził się nabyć 3,2 mln akcji (za 8 mln zł) i... niemal
natychmiast odsprzedał je NFI Fortuna.
-
Osiem milionów to już była kropla w morzu - wspomina "konsultant
finansowy". - Spółka miała ogromne straty. Według rzetelnej wyceny
księgowej Polisa w 1998 r. była warta minus 150 mln zł. Trzeba było
znaleźć pieniądze na pokrycie strat.
Rozeznać się w finansach firmy ubezpieczeniowej
nie jest rzeczą łatwą. - Miałem do czynienia z wieloma biegłymi
rewidentami, którzy przychodzili do Polisy na kontrolę i którym to
ja musiałem tłumaczyć, jak w firmie ubezpieczeniowej księguje się
różne pozycje - opowiada były menedżer spółki.
Przez wiele lat audyt w Polisie robiła firma
Misters Audytor. Jej pracownicy sprawdzali zgodność zapisów
księgowych ze stanem faktycznym i z przepisami. Firma jest
własnością Barbary Misterskiej, dobrej znajomej Gutka i innych
szefów Polisy. Kontrole Misters Audytor stwierdzały, że firma ma
zysk i jest w pełni wypłacalna.
- To było
malowanie bilansów - twierdzi Danuta Wałcerz, prezes Państwowego
Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń. - PUNU kilkakrotnie kontrolował Polisę.
Niepokoiła nas zbyt niska rentowność lokat firmy. Pieniądze brane ze
składek wspomagały spółki związane z Polisą i jej zarządem, np.
Acord. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że Gutek nie
ma pojęcia, na czym polega działalność ubezpieczeniowa. Nasze
zalecenia były kompletnie lekceważone. W 1998 r. wystąpiliśmy więc
do rady nadzorczej o odwołanie Gutka. Rada odrzuciła nasz wniosek.
Dla nich to był ciągle świetny fachowiec.
- Gutek to bardzo przyjemny facet - twierdzi
"konsultant". - O wszystkich dbał. Zwracali się do niego dawni
koledzy z SZSP, nie wszystkim wiedzie się przecież dobrze. I Gutek
nigdy nie odmawiał. Dawał kolegom i ich rodzinom pracę, pożyczki.
Dla tego środowiska to był naprawdę wspaniały menedżer.
- W 1998 r. Polisę skontrolowała firma Price
Waterhouse - mówi pani Wałcerz. - Okazało się, że wyniki są zupełnie
inne niż te, które wcześniej zatwierdzał Misters Audytor. Polisa
miała nieustanną stratę już od 1995 r. Dla nas był to dzwonek
alarmowy.
Ostatnia opinia biegłych z
firmy pani Misterskiej dotyczy roku 1997. Jest co najmniej dziwna.
"Sposób ujęcia w sprawozdaniu finansowym skutków zawartych umów jest
niezgodny z zasadą współmierności przychodów i kosztów, określoną w
art. 6 ustawy o rachunkowości, skutkiem czego wynik spółki został
zawyżony o 18 mln zł". A dalej: "Roczny raport finansowy sporządzony
został zgodnie co do formy i treści z obowiązującymi spółkę
przepisami prawa i statutu".
Ta opinia
została zaskarżona przez PUNU do prokuratora. - To oczywiste i
świadome fałszowanie dokumentów - twierdzi Danuta Wałcerz. Spółka
wykazała za rok 1997 niewielki zysk netto 2,1 mln zł. Skoro był on
zawyżony o 18 mln zł, to w istocie miała znaczną stratę. Ale mimo to
wypłaciła dywidendę za rok 1996 - ponad 3 mln zł.
Posiadacze akcji Polisy,
mimo zniżki notowań na giełdzie, na razie nie mieli powodów do
niepokoju.
Twórcza
księgowość
Pomysł Polisy na dobre
wyniki finansowe był prosty. Firma zawierała z zagranicznymi
towarzystwami umowy reasekuracyjne, tzw. stop loss, którymi rzekomo
ubezpieczała się od gorszych wyników finansowych.
Reasekuracja to normalna praktyka w firmach
ubezpieczeniowych. Jeśli ubezpieczam np. fabrykę od pożaru na kwotę
500 mln zł, to sam się reasekuruję (często za granicą), by w razie
czego mieć wspólnika, który wespół ze mną pokryje odszkodowanie.
Reasekuracja polega na tym, że dzielę się ryzykiem i
kosztami.
Zdaniem pani Wałcerz jednak
umowy stop loss zawierane przez Polisę były nadużyciem. - Umowa
reasekuracyjna musi przewidywać przejęcie części ryzyka. Tymczasem w
tych umowach reasekurator żadnego ryzyka nie przejmował. Umowy
służyły tylko zaciemnieniu bilansu.
Krótko mówiąc, sprytnie sformułowane umowy z
reasekuratorami pozwalały Polisie ubarwiać stan swoich finansów.
Firma zbierała coraz więcej składek i powinna była gromadzić
odpowiednio duże rezerwy. "Kreatywne księgowanie" pozwalało Polisie
twierdzić, że ma takie rezerwy, zabezpieczane przez reasekuratora.
Tymczasem reasekurator niczego Polisie nie gwarantował.
- Rzeczywiście, te umowy to była forma kredytu,
jaki zaciągała spółka - przyznaje były menedżer Polisy.
Zdaniem pani Wałcerz Misters Audytor zrezygnował z
prowadzenia audytu w Polisie po tym, jak sprawa dziwnych umów stop
loss wyszła na światło dzienne. Obsługę Polisy przejęła renomowana
firma Ernst & Young, która zakwestionowała dotychczasowe
sprawozdania finansowe: "Skutkiem umowy jest uzyskanie w pierwszym
roku przychodu, w następnych latach ponoszenie tylko kosztów jego
uzyskania. Przy czym najwyższe obciążenia kosztów przesyłane są ku
końcowi okresu ich obowiązywania".
-
Polisa podpierała się opiniami biegłych i specjalistów z branży,
wskazujących, że takie praktyki są stosowane na całym świecie - mówi
szefowa PUNU. - Rozmawiałam z fachowcami z firmy American Re., z
którą Polisa zawarła umowę stop loss. Pokazałam im ślepy formularz
umowy, bez wpisania nazw firm. "Czy według was to jest rzeczywiście
umowa reasekuracyjna?" - pytałam. "Oczywiście nie" - odpowiedzieli.
Wtedy wyjaśniłam, że tę właśnie umowę podpisała ich firma z Polisą.
Byli skonsternowani.
- Polisa zwracała
się także do nas - mówi Lesław Paga, szef renomowanej firmy Deloitte
& Touche, pierwszy prezes KPW. - Powiedziałem, że nie zajmujemy
się obdukcją trupów.</zwykly_tekst><srodtytul>Ostatnia
deska rtunku
Według bilansu sporządzonego
już zgodnie z wymogami prawa wartość kapitału Polisy wynosiła w roku
1998 minus 154 mln zł, a jedna akcja warta była minus 12 zł. Stało
się jasne, że firma nie przetrwa bez inwestora
strategicznego.
- Oni zwlekali z tym zbyt
długo - mówi "konsultant finansowy". - Chcieli mieć inwestora, ale
takiego, który dałby pieniądze i nie wtrącał się.
- Byliśmy bardzo rozczarowani współpracą z Polisą
- twierdzi Wojciech Kaczorowski, jeden z dyrektorów w BIG Banku
Gdańskim. - Mieliśmy nadzieję stworzyć grupę, która byłaby silna i w
bankowości, i ubezpieczeniach. Ale szybko okazało się, że
menedżerowie Polisy są mało odpowiedzialni. Zmniejszaliśmy więc
nasze udziały w tej spółce. Ostatecznie w październiku 1999 r.
spółki zależne od BIG-u wyzbyły się akcji Polisy.
Krótką przygodę z Polisą miały też Kredyt Bank, a
później NFI Fortuna. Jednak w ostatnim roku działania firma
potrzebowała 200-250 mln zł, by wykupić dawne długi i podnieść
rezerwy.
- Gutek
upierał się, że spółka musi być przez niego kontrolowana - opowiada
konsultant. - Potem, gdy już wiedział, że musi oddać władzę, szukał
inwestora bardzo nieprofesjonalnie. Myślał, że w międzynarodowych
finansach działa się tak jak w środowisku chłopców z SZSP. Jak zna
jakiegoś prezesa czy wiceprezesa dużego banku, to ma z nim sztamę. A
w poważnych finansach tak się nie działa. Są procedury, trzeba
sporządzić analizy opłacalności, później zatwierdza je specjalny
komitet, rada nadzorcza... Gutek tego nie rozumiał. Brał za dobrą
monetę, że prezes jakiegoś banku, którego kiedyś poznał, wyraził
uprzejme zainteresowanie ofertą. Z tego nic jeszcze nie
wynikało.
- Tak naprawdę jedyną poważną
ofertę złożyła na początku 1999 r. niemiecka Victoria - mówi pani
Wałcerz. - Byłam przekonana, że Niemcy kupią Polisę. Potem spotkali
się ze mną i powiedzieli, że jednak rezygnują.
- Tu nie chodziło tylko o pieniądze - dodaje
konsultant. - Niemcy dokładnie zbadali sytuację w Polisie i doszli
do wniosku, że z takim bałaganem sobie nie poradzą. Musieliby zrobić
desant i z miejsca wymienić kilkadziesiąt osób. Nie ma pan pojęcia,
jakie są tu rodzinne powiązania. Od lat wszyscy byli przyzwyczajeni
do tego, że mają wysokie pensje i premie za pozyskanie nowych
klientów. A czy klient oznacza dla firmy zysk, czy stratę - nikt się
nie martwił. Członkowie rady nadzorczej brali wysokie wynagrodzenia,
które proponował zarząd. Dochody zarządu wyznaczała rada nadzorcza.
Wszyscy byli zaprzyjaźnieni, więc nikt nikogo nie
kontrolował.
- W Polisie nigdy nie było
wewnętrznej kontroli - potwierdza pani Wałcerz. - Na całym świecie
zdarzają się nadużycia w ubezpieczeniach. Są fałszywe szkody,
zawyżane rachunki za naprawy samochodów... Tego nie wymyślono w
Polsce. Nie wystarczy samo zaufanie. Trzeba ludzi kontrolować i
wymagać, by postępowali zgodnie z procedurami. Tymczasem w Polisie
każdy oddział miał swoją procedurę. Tam było bagno. Zarząd pozwalał
na rozkradanie firmy. Pracowały nad tym całe rodziny. Jeden członek
rodziny wystawiał polisę, inny zajmował się likwidowaniem szkody, a
jeszcze inny prowadził warsztat samochodowy wystawiający
rachunki.
Polisa ostatniego
frajera
Już od 1998 r. Polisa była
faktycznym bankrutem, funkcjonowała tylko siłą inercji. Kodeks
handlowy nakłada na zarząd i radę nadzorczą spółki, której kapitały
są ujemne i która przynosi trwałe straty, obowiązek zgłoszenia do
sądu wniosku o upadłość. Za zaniedbanie tego obowiązku grozi
odpowiedzialność karna, chodzi tu bowiem o ochronę interesów
wierzycieli spółki.
Zarząd Polisy ani
myślał rezygnować. 30 września 1999 r. Ministerstwo Finansów cofnęło
Polisie zgodę na działalność ubezpieczeniową. PUNU usiłował
wprowadzić zarządcę komisarycznego. Polisa broniła się na dwa
sposoby: jej prawnicy dowodzili, że sytuacja spółki nie jest wcale
taka zła, a szefowie co parę tygodni ogłaszali, że właśnie znaleźli
inwestora, który wyłoży pieniądze.
- To
była oczywista gra na zwłokę i działanie na szkodę spółki, skarbu
państwa i wierzycieli - twierdzi pani Wałcerz.
Do sądu trafiały wnioski o upadłość Polisy
składane przez ludzi, którym firma nie wypłacała odszkodowań, ale w
ostatniej chwili wycofywano je. Po prostu spółka najbardziej
natrętnych wierzycieli spłacała ze swego majątku. Postępowanie takie
w rażący sposób naruszało kodeks handlowy. Przepisy o bankructwie
chronią interesy wszystkich wierzycieli, a nie wybranych.
PUNU kilkakrotnie nakładał na Polisę kary za
nierespektowanie zaleceń kontrolnych. Spółka nie płaciła, odwoływała
się do NSA, wydawała duże pieniądze na prawników. Wreszcie w 1999 r.
NSA uznał zasadność kary. PUNU dostał do ręki bat na Polisę, mógł
wreszcie złożyć wniosek o upadłość. Jesienią 1999 r. również zarząd
Polisy został zmuszony złożyć podobny wniosek do sądu. Zarządcę
komisarycznego sąd zatwierdził dopiero w grudniu 1999 r. Przez
pewien czas w Polisie istniała dwuwładza.
Jeszcze w grudniu stary zarząd ogłosił, że
zamierza wycofać wniosek o upadłość. - To już były kpiny - wspomina
Danuta Wałcerz.
Ostatnie miesiące zarząd
Polisy poświęcił na ratowanie tego, co jeszcze da się uratować - dla
siebie, nie dla spółki. Sprzedawano akcje i aktywa. Sprzedano np.
udziały Polisy w spółce Kaskada, będącej właścicielem biurowca w
centrum Warszawy. Udziały te kupił za 5 mln zł Dipservice -
udziałowiec Polisy. Tymczasem wcześniej Polisa wyceniała udziały w
Kaskadzie na ponad 40 mln.
Okazało się
też, że niektórzy akcjonariusze - np. NFI Fortuna, który w ostatnim
okresie działania spółki posiadał ponad 20 proc. jej akcji - mieli
dodatkowe umowy, przewidujące wykup akcji przez spółki zależne od
Polisy po określonej cenie. Ci uprzywilejowani stracili mało, może
nawet zyskali.
Ostatni akt tragikomedii
rozegrał się pod koniec grudnia 1999 r., kiedy to pojawił się
"tajemniczy inwestor" - fundusz Tachyion TI eV Office Germany.
Fundusz miał wyrazić chęć zainwestowania w Polisę 275 mln zł. Próbę
skontaktowania się z inwestorem podjęli urzędnicy PUNU oraz zarządca
komisaryczny. Bez skutku. Fundusz był instytucją fikcyjną,
posiadającą skrytkę pocztową i stronę w Internecie. Informacje
prasowe o "tajemniczym inwestorze" na krótko podbiły kurs akcji
Polisy, który 20 grudnia 1999 doszedł do 1,60 zł. Gdy dwa miesiące
później Polisa niechlubnie schodziła z parkietu, jej akcje
kosztowały już tylko trzy
grosze.
|