Pytanie: czym jest
demokracja? – jest równie stare jak rozważania nad
istotą reprezentacji politycznej. W czasach nowożytnych
chodzi zresztą nie tyle o to, kto nas reprezentuje, ile
jak to robi?
Kwestię tę rozstrzygano rozmaicie.
Wydaje się, że najważniejsze konsekwencje praktyczne ma
rozróżnienie dokonane przez Edmunda Burke’a w 1774 r.,
gdy w Bristolu, przemawiając do swojego elektoratu,
zaproponował dwa modelowe typy relacji
przedstawicielskiej: delegacyjny i powierniczy. Ten
pierwszy polega na realizacji woli swych wyborców przez
wybranego w demokratycznych wyborach przedstawiciela,
natomiast drugi – na realizacji ich interesów. W tym
pierwszym pełni on rolę swoistego pasa transmisyjnego;
nieco przesadzając można powiedzieć, że przedstawiciel
realizuje zachcianki wyborców, jakiekolwiek by one były.
W tym drugim pełni rolę oświeconego powiernika, który
znając krótkoterminowe preferencje elektoratu dba także
o jego rzeczywiste, czyli długofalowe
interesy.
Oto więc mamy kluczowy dylemat, który
powraca także przy okazji niepokojów związanych z
demokracją sondażową: ludzie – także gdy zabierają się
za uprawianie polityki – są kłębkiem sprzeczności, a ich
opinie i preferencje bywają często odmienne od ich
rzeczywistych interesów. Co jest ważniejsze? Okazuje
się, że z dylematem tym bardzo słabo radzą sobie
(zarówno w teorii, jak i w praktyce) także sami
badacze.
Różne opinie publiczne
Kontrowersja ta powraca w innej jeszcze
formie wtedy, gdy próbuje się określić coś, co wydaje
się łatwe do opisania: czym mianowicie jest opinia
publiczna? Klasyk problematyki Walter Lippman widział w
niej te opinie ludzi, które ujawniają się bez niczyjej
ingerencji czy zachęty. Wiele innych definicji zbliża
się, podobnie jak czyni to Lippman, do traktowania
opinii publicznej jako swoistego społecznego
bezpiecznika czy czujnika reagującego na niepożądany
stan społeczny. Zapalenie się owego czujnika oznacza, że
osiągnęliśmy stan sprzeczny z wartościami znaczącej
liczby ludzi, którzy uważają, że coś z tym wszystkim
należy zrobić. I, zazwyczaj, ludzie podejmują rozmaite
działania już to nagłaśniając sprawę w mediach, już to
organizując ruchy i inicjatywy
społeczne.
Jednakże istnieją inne jeszcze próby
uchwycenia fenomenu. Gordon Allport już w 1937 r.
zwracał uwagę, że opinię publiczną można przyrównać do
nabierającego mocy strumienia: chodzi o takie połączenie
indywidualnych opinii w strumień zbiorowych preferencji,
by te mogły wpływać na grupowe i narodowe decyzje
polityczne. Najciekawiej – moim zdaniem – zdefiniował
opinię publiczną w latach 60. amerykański politolog V.O.
Key Jr, mówiąc, iż to ta część prywatnych opinii
obywateli, którą rząd uznaje za stosowne rozpatrywać, a
dobitniej – rozważnie jest, by ich nie pomijał. Inaczej
mówiąc: między masami i elitami trwa nieustanny
przetarg, a opinia publiczna to obszar ciągłych
negocjacji i wrzenia.
Te dylematy sprowadzające
się do pytań: co mówią ludzie?, czy myślą to, co mówią?
oraz czy naprawdę chcą tego, o czym mówią? – powracają z
nową siłą, gdy opinię publiczną skojarzymy z
wyspecjalizowanymi instytucjami badania tejże
opinii.
Niektórzy, a jest to niemała grupa
purystów, powiadają, iż to, co produkują dziś ośrodki
badania zbiorowej opinii, nie jest w żadnym razie opinią
publiczną rozumianą klasycznie. Sondaże bowiem nie są
pogłębioną analizą zjawisk, które – wróćmy raz jeszcze
do Lippmana – ujawniają się bez ingerencji
zewnętrznej.
Sondaże są natomiast zaprogramowanym
przemysłem kreowania i odtwarzania opinii i postaw ludzi
w kwestiach, które nierzadko są im całkiem obojętne. Ale
właśnie poprzez częste odpytywanie społeczeństwa i
prezentacje wyników w mediach można nawet z najbłahszego
sondażu uczynić temat czołówek
gazet.
Społeczeństwo, czyli kłopot
Nie ulega bowiem wątpliwości, że w XX
w. prawdziwą opinię publiczną zastąpiły i zdetronizowały
wyniki badań, ba, często myśli się, że opinia publiczna
i sondaż to jedno i to samo. W takich razach nigdy dość
ostrzeżeń. Zagrożenia wynikające z zastępowania oddolnej
opinii publicznej i konstruowania tejże za pomocą
wyspecjalizowanych agend jest oczywiste. Takie praktyki
są groźne zwłaszcza w społeczeństwach
niedemokratycznych, tam gdzie infrastruktura
społeczeństwa obywatelskiego jest słaba, kanał przekazu
komunikatów między społeczeństwem i władzą nieefektywny,
a dialog między nimi – pozorny.
Co nie znaczy, by
imperialne zapędy ośrodków opinii publicznej należało
demonizować. Podstawową zaletą wyników sondaży w
stosunku do innych źródeł wiedzy o nas samych jest ich
naukowość, a co za tym idzie – domniemany obiektywizm.
Powiada się mianowicie, iż inne instytucje publiczne –
związki zawodowe, kościoły, stowarzyszenia, grupy
interesu – prezentują wizję społeczeństwa i preferencje
tegoż w sposób partykularny, uwzględniający tylko część
opinii. W odróżnieniu od nich badania sondażowe są
reprezentatywne dla całości dorosłej ludności danego
społeczeństwa. To ważne dla nas samych, dla naszej
wiedzy o tym, co myślą nasi współobywatele, a także dla
polityków pragnących wsłuchiwać się w głos
ludu.
Jak dotąd brzmi to dobrze. Od wielu
dziesięcioleci jesteśmy jednak świadomi poważnych
problemów związanych z ową reprezentatywnością. Po
pierwsze – dobranie poprawnie wylosowanej próby ze
społeczeństwa tak, by reprezentowała jego lustrzane
odbicie, nie jest – w świecie idealnym (tzn.
nieograniczonych środków na badania, świeżych danych ze
spisu powszechnego) czymś technicznie trudnym. Między
ideałem i realiami jest jednak przepaść.
Po
drugie – prawie nigdy w badaniach nie udaje się
zrealizować zamierzonego celu, a więc przeprowadzić
wywiadów z tak dobraną próbą. Problem w tym, że ci, z
którymi nie udaje nam się porozmawiać, wypadają z próby
nie przypadkiem, lecz dlatego, że mają konkretne cechy.
Dotyczy to często ludzi względnie młodych,
wykształconych i aktywnych zawodowo. Takich, których
trudno zastać w domu, którzy mają mało czasu. Nie trzeba
dużej wyobraźni, by przewidzieć, jak pominięcie tej
grupy może zniekształcić najbardziej nawet szlachetne w
intencjach badanie. Aby ową rafę sondażową ominąć, próby
poddawane są tzw. ważeniu; polega to na tym, iż niejako
sztucznie (czy, jak kto woli: hipotetycznie) dodaje się
trochę osób z owych niedoreprezentowanych grup. A
kłopotów podobnych jest znacznie więcej.
Po
trzecie – badanie opinii publicznej jest skażone
dominacją myślenia socjologicznego, a więc takiego,
które zakłada, że próba ma być reprezentatywna dla
całego społeczeństwa. Jednak spojrzenie politologa może
być inne: interesuje go najczęściej wspólnota polityczna
(zbiorowość ludzi aktywnie uczestniczących w wyborach),
a tworzy ją w Polsce mniej więcej połowa społeczeństwa.
Zatem dla politologa ważniejsza może być
reprezentatywność owej aktywnej połowy aniżeli
całości.
W dyskusjach wokół demokracji sondażowej
zawarta jest obawa (jedna z wielu), że oto politycy
neurotycznie i nadmiernie reagują na preferencje
wyborców. W istocie nie jest to obawa błaha. Wybitni
politycy – a na wyłowieniu takich nam zależy – winni
bowiem kierować się własnymi wizjami i pozyskiwać
elektorat do ich urzeczywistniania. Nie mogą kierować
się krótkotrwałymi i zmiennymi nastrojami ludzi. Z
drugiej jednak strony, w reakcji polityków na
preferencje wyborców odnajdujemy element fundamentalnie
ważny – elity mają obowiązek wsłuchiwać się w to, czego
oczekują od nich obywatele. Problem polega na tym, że
politycy – przynajmniej polscy – wykazują nadreaktywność
(niekiedy przechodzącą w histerię) w kwestiach
dotyczących ich oceny, zaufania do nich i popularności
ich partii. Nie widać natomiast, by ci sami politycy
równie rzutko i ochoczo reagowali na propozycje
merytoryczne. Na proponowane przez ludzi rozwiązania
kwestii socjalnych, ekonomicznych, podatkowych czy
dotyczących polityki
zagranicznej.
Dyktatura ankieterów
W ten sposób zatoczyliśmy koło i
powróciliśmy do sprawy fundamentalnej. Czy politycy
powinni, kierując się wizją demokracji jako realizacji
woli ludu, podejmować decyzje polityczne zgodne z
preferencjami większości obywateli, czy też
nie?
Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Jeśli
bowiem opinia dotyczy spraw lokalnych lub innych, w
których obywatele posiadają merytoryczne minimum –
poziom wiedzy pozwalający uznać ich za kompetentnych
doradców – nie widać zasadnych powodów, by politycy nie
kierowali się wskazaniami obywateli. Jednak w większości
spraw współczesnego skomplikowanego świata obywatele nie
są kompetentni albo – ostrożniej – niektórzy z nich są,
a niektórzy nie. I jak tu teraz zidentyfikować tych
znających się na rzeczy? Jak zatem w tej sytuacji
traktować wyniki badań opinii publicznej i określać ich
wpływ na formułowanie polityki i podejmowanych decyzji
dotyczących wszystkich obywateli? W jakim stopniu, w
jakich sprawach i w jakich okolicznościach rządzący
powinni uwzględniać opinię publiczną w kierowaniu
państwem? Czy zawsze politycy powinni kierować się
opinią większości? Co czynić, jeśli co prawda większość
opowiada się za jakimś rozwiązaniem, ale mniejszość –
dla której dana kwestia jest niewspółmiernie ważniejsza,
np. dotyczy tożsamości jej członków – inaczej widzi dany
problem?
Podpowiedzi można szukać w pracach,
które w ostatnich dwóch latach ukazały się w Stanach
Zjednoczonych, kraju, który od dziesięcioleci dominuje w
naukowej refleksji na temat opinii publicznej. Te nowe
dokonania nawiązywały do dwóch ważnych stwierdzeń, które
zrobiły sporą karierę.
Pierwsze pochodzi z 1996
r. i jest autorstwa Sidneya Verby’ego. „Badania
sondażowe dostarczają – powiada on – dokładnie to, co
demokracja winna zapewniać – równą reprezentację
wszystkich obywateli. Sondaże oparte na próbach
reprezentatywnych są krystalicznie egalitarne, są tak
zaprojektowane, że każdy obywatel ma równą szansę, by w
nich partycypować i równy głos, gdy zdecyduje się w nich
aktywnie uczestniczyć”. W myśl słów Verby’ego sondaże
kompensują (lub mogą kompensować) nierówny wpływ na
politykę wynikający z niepełnego udziału w rzeczywistym
życiu politycznym.
Druga myśl to główne
przesłanie książki Page’a i Shapiro z 1992 r., którzy
ukuli pojęcie kolektywnej racjonalności opinii. Terminem
tym nazwali zbiorczy wyraz preferencji, które – w
odróżnieniu od preferencji jednostkowych – cechuje
trwałość, sensowność i racjonalność. Dzieje się tak
dlatego, zapewniali autorzy, że istnieje model zbiorowej
racjonalności: opinie ludzi źle poinformowanych lub
nieposiadających odpowiedniej wiedzy politycznej są
losowo rozproszone wśród odpowiedzi merytorycznych. Z
kolei opinie ludzi poinformowanych i zainteresowanych
polityką mają tendencję do kumulacji i wyraźnego
zarysowania opcji dominującej.
Tezę Verby’ego
można wzmocnić jeszcze poprzez wskazanie na fakt, że
wyniki wyborów – zwłaszcza w systemach wielopartyjnych,
gdzie ludzie dokonują różnych kalkulacji odnośnie
partnerów koalicyjnych swych partii, głosują taktycznie
etc. – trudno zinterpretować. Za czym, tak naprawdę,
obywatele się opowiedzieli? Nie wiadomo, które
konkretnie aspekty programów partyjnych brali pod uwagę:
politykę zagraniczną, stosunek do aborcji, podatki? Ale
tę samą tezę można osłabić wskazując, że część ludzi
właśnie dlatego nie chodzi na wybory, iż ogląda
systematycznie słupki poparcia partii i konkretnych
rozwiązań politycznych w telewizji, a więc uważa sprawę
za załatwioną.
Natomiast powszechnie
zaakceptowana na początku lat 90. teza Page’a i Shapiro
została ostatnio poważnie zakwestionowana. Wykazano
bowiem dobitnie, że nawet jeśli wszystkie elementy
gwarantujące poprawność badania są spełnione, to
oczekiwania wspomnianych autorów się nie sprawdzają, a
często nawet jest odwrotnie: to właśnie opinie osób
politycznie niedoinformowanych – przez uproszczenia,
jakich dokonują – mają tendencję do kumulacji. Wynika to
ze sposobu, w jaki traktujemy odpowiedzi „trudno mi
powiedzieć” i „nie mam zdania”. Problemu by nie było,
gdyby owa niewiedza polityczna była równomiernie
rozłożona w strukturze społecznej, tak jednak nie jest.
W USA osoby posiadające większą wiedzę o polityce to
biali, mężczyźni, w wieku średnim, żonaci. Także osoby
zamieszkujące miasta oraz wschodnie i zachodnie wybrzeża
USA. Tak więc nawet w najlepiej dobranej próbie zbiorowe
opinie wyrażane w badaniach są niereprezentatywne, gdyż
część ludzi po prostu nie wyraża swych
preferencji.
Nie mniej istotny problem wynika z
tego, iż osoby lepiej wykształcone, o wyższym statusie
społeczno-ekonomicznym nie tylko częściej wyrażają swe
poglądy w sondażach. Potrafią też formułować swe opinie
w formie preferencji, które lepiej odzwierciedlają ich
rzeczywiste interesy niż ludzie ubodzy o niskim
statusie.
Wnikliwi badacze opinii publicznej zza
Oceanu zadali sobie zatem trud ustalenia, jak
wyglądałyby preferencje społeczne, gdyby świat był
bardziej idealny. Otóż gdyby wszystkie grupy społeczne
miały podobny poziom wiedzy politycznej i równie chętnie
udzielały merytorycznych odpowiedzi na pytania dotyczące
własnych preferencji, to owych odtworzonych
zbiorczych opinii miałaby nie tylko inną, lecz wręcz
odwrotną wymowę – różniłyby się kierunkiem w stosunku do
opinii rzeczywiście wyrażonych. To dość istotna różnica,
zwłaszcza gdy dotyczy spraw istotnych.
Jak zatem
radzić sobie w smutnej, lecz prawdziwej sytuacji, gdy
ludzie o polityce i kwestiach publicznych bardzo mało
wiedzą, a to, co wiedzą, jest dość chaotyczne i nie
układa się w trwałe systemy przekonań? Większość
obywateli, a mowa tu o obywatelach stabilnych
demokracji, cechuje ponadto ograniczona zdolność do
abstrakcyjnego myślenia: jeśli mają już jakieś poglądy
wyróżniające się pewną trwałością, to dotyczą one
głównie spraw praktycznych i przyziemnych. Wiemy
ponadto, iż czynniki kulturowe, społeczne,
psychologiczne wpływają na poziom wiedzy politycznej i
zainteresowanie polityką znacznie słabiej niż same
wydarzenia i zjawiska polityczne. Podobnie wiemy, że coś
takiego jak całość opinii publicznej nie istnieje.
Poszczególni ludzie i grupy społeczne specjalizują się w
wybranych kwestiach publicznych; w jednych są względnie
kompetentni, w innych nie. Zamiast myśleć zatem o
całości opinii publicznej, lepiej badać ją uznając, iż
istnieje swoista mozaika grup specjalizujących się w
różnych konkretnych kwestiach.
Coraz częściej,
także w Polsce, wraz z nadprodukcją badań społecznych
gubimy się w tym, kto w społeczeństwie formułuje
niezależne, dziewicze opinie, a kto reaguje na podawane
przez media gotowce i na ile opinia taka staje się po
prostu reakcją na wynik sondażu? Dodatkowy problem tkwi
w tym, że nie do końca wiemy, w jakim stopniu nadmierna
produkcja zbadanych opinii publicznych zastępuje czy
wręcz uniemożliwia ujawnienie się tej prawdziwej,
oddolnej opinii.
W badaniu opinii publicznej
występuje też szereg przekłamań bardziej przyziemnych i
technicznych. Wiemy na przykład, że czas prowadzonych
badań ma znaczenie. Ośrodki sondażowe prowadzą badania w
mniej więcej tym samym czasie, o czym politycy wiedzą,
część z nich nauczyła się wykorzystywać ten fakt i
kreuje pewne wydarzenia polityczne po to, by w
rankingach popularności wypaść lepiej.
Wiemy, że
kolejność zadawania pytań lub nawet niewielkie zmiany w
sformułowaniu pytań prowadzą do dość odmiennych wyników,
ale dotychczas – przynajmniej w rutynowych badaniach
sondażowych – nic nie robimy, by efekty te wyeliminować.
Wiemy też, że ludzie mają nierzadko kilka opinii na ten
sam temat i w zależności od kontekstu albo pierwszego
skojarzenia są w stanie udzielać nam znacząco różniących
się odpowiedzi na to samo pytanie.
Opinie ludzkie
rzadko bywają zero-jedynkowe. Gdy pytamy ludzi, a często
to czynimy, czy cenią bardziej wolność, czy równość, to
rzecz jasna większość chciałaby powiedzieć, że obydwie
te wartości cenią mniej więcej tak samo. Pytaniem zaś
wartym zachodu jest, czy widzą takie sytuacje, w których
jedna z tych wartości jest ważniejsza od drugiej. Wybór
zawsze będzie bolesny. Ludzie się wahają, dlatego
głównie powinniśmy analizować stopień niepewności i
napięcia, z jakim ostatecznie opowiadają się za jedną z
nich.
W końcu wiemy też, że zasadnicza sztuczność
badania sondażowego polega na tym, iż prowadzi się je w
atmosferze neutralności, unikania emocji oraz ocen
opinii. A w życiu przecież jest inaczej. Dlatego do
badania opinii wprowadzono ostatnio szereg innowacyjnych
metod, od takiej manipulacji i formy nacisku, gdy
respondenta dodatkowo informuje się, że jedną z
proponowanych odpowiedzi wybrały powszechnie znane
osoby, przez metodę nazwaną stop-and-think, polegającą
na prośbach skierowanych do respondenta, by się
zastanowił i uzasadnił, dlaczego tak właśnie myśli.
Wreszcie stosuje się technikę kontrargumentacji: celowe
działanie mające na celu zmianę opinii respondenta i
testowanie, czy rzeczywiście tak się
stanie.
Demokracja deliberatywna
Skoro jest tak wiele zastrzeżeń i
pułapek technicznych badania opinii publicznej i
rzetelnego ich odtwarzania (oprócz pominiętych w tym
artykule przypadków celowych manipulacji), to czy w
ogóle warto w nie inwestować? A jeśli tak, to w jakim
stopniu są one przydatne, zwłaszcza dla polityków
poszukujących wskazówek dotyczących ludzkich
preferencji?
Inwestować z pewnością warto, bo
sondaże ciągle są lepsze od innych sposobów dochodzenia
prawdy o opinii publicznej. Także dlatego, że
zaskakująco wiele – jak na zastrzeżenia wymienione
powyżej – można dzięki nim przewidzieć w zbiorowych
zachowaniach społeczeństw, wspólnot politycznych i
wybranych grup społecznych, choćby podczas
wyborów.
Na drugie pytanie odpowiedź jest
bardziej złożona, bo zależy ona także od gotowości
polityków i ekspertów do poważnej analizy wyników
sondaży. Od co najmniej kilkunastu lat rozwija się w
świecie zachodnich demokracji nowe zjawisko, znane pod
ogólnym szyldem demokracji deliberatywnej (deliberative
democracy). Objawia się ona w różnych postaciach po obu
stronach Atlantyku, a i na Starym Kontynencie ma swą
narodową specyfikę. Jej ideą przewodnią jest właśnie
chęć wykorzystania metod i technik badania opinii
publicznej, narastającego głodu demokracji bezpośredniej
i polityki, rozumianej jako poważne rozważanie
argumentów i kontrargumentów przemawiających za
poszczególnymi politycznymi
rozwiązaniami.
Namysł, debata, deliberacja mogą
być skutecznie uprawiane w małych organizmach
społecznych traktowanych jako deliberative polls –
wybrane wspólnoty kierujące się taką formą demokracji.
Od strony technicznej przedsięwzięcie polega na wybraniu
losowej próby obywateli, przeprowadzeniu z nimi
wstępnego wywiadu, a następnie zaproszeniu ich w
ustronne miejsce na weekend, by zechcieli porozmawiać o
problemie poruszonym w wywiadzie. Zanim to wspólne
spotkanie nastąpi, wysyła im się dobrze przygotowane
bezstronne (lub wyrażające przeciwne punkty widzenia)
eksperckie materiały. Na spotkaniu moderatorzy prowadzą
dyskusję, a powstające w jej trakcie problemy, pytania i
dylematy są spisywane, by następnie na sesji plenarnej z
udziałem ekspertów mogły zostać postawione raz jeszcze.
Po sesji z ekspertami ponownie przeprowadza się ten sam
co na wstępie wywiad i porównuje odpowiedzi. Mierzona
jest zatem de facto zmiana, jaka pojawia się między
opiniami laików (takimi byli respondenci na początku) a
opiniami oświeconymi.
Odmian demokracji
deliberatywnej jest już wiele. Inaczej wyglądają
inicjatywy zwane ławą obywatelską (citizens juries),
praktykowane w USA i Wielkiej Brytanii, inaczej komórki
planowania (planning cells) w Niemczech i Szwajcarii czy
„zgromadzenia konsensowe” (consensus conferences) w
Danii. Przedsięwzięcia te muszą kończyć się uzgodnionymi
konkluzjami dotyczącymi omawianych spraw. W wielu
krajach, np. Niemczech, inicjatywy te finansowane są
przez władze lokalne i służą do podejmowania istotnych
lokalnych decyzji w sprawach, na których większość
obywateli po prostu się zna. Inicjatywy te nie są przy
tym alternatywą dla demokracji przedstawicielskiej, lecz
raczej jej uzupełnieniem.
W praktyce działalność
takich instytucji wygląda następująco. Selekcjonujemy
małą grupę (10–20 osób), która ma omówić wybraną kwestię
i zaproponować rozwiązania. Grupa taka ma do dyspozycji
zarówno ekspertyzy, jak i możliwość, by zaprosić
specjalistów z wybranych dziedzin czy polityków i
uzyskać jak najpełniejszą informację. Finalnym – i
ważnym – akordem jest upublicznienie konkluzji
wypracowanej przez grupę, nie tylko w formie
przestawienia proponowanego rozwiązania, lecz także jego
uzasadnienia. Istotą takich przedsięwzięć jest nie tylko
określenie wspólnego rozwiązania. W znacznej mierze
chodzi także o poznanie mechanizmów kryjących się za
decyzjami politycznymi: o zrozumienie nierzadko
skrywanych interesów, motywów i sposobów działania
instytucji i ludzi z nimi związanych.
Ale z
doświadczeń demokracji deliberatywnej płynie też nauka
innego rodzaju. Ten model uczestnictwa w życiu
publicznym potęguje szacunek dla opinii innych i
poszanowanie prawa do odmiennego głosu. Jest bowiem tak,
że gdy jednostki same nie mają prawa głosu, nie są
skłonne przyznawać go innym. Dla powodzenia takich
inicjatyw ważne jest, by stawały się one wydarzeniami
publicznymi, by szersza społeczność wiedziała, że grupa
debatuje i niebawem ogłosi swój werdykt.
W Danii
consensus conferences odbywają się w budynku parlamentu,
niektóre są szeroko omawiane przez mass media. W
niektórych krajach (np. Niemczech) przed rozpoczęciem
deliberacji spisuje się kontrakt między władzą lokalną a
społecznością, jaki będzie formalny status podjętej
grupowo decyzji. Czasami jest to obowiązek wprowadzenia
w życie zaleceń wypracowanych przez grupę; niekiedy
władze lokalne muszą publicznie uzasadnić powody, dla
których odstępują od rozwiązań przyjętych podczas
deliberacji. Niekiedy przed rozpoczęciem debaty strony
decydują, czy głos mniejszości – jako votum separatum –
ma być zaprezentowany opinii publicznej. Oczywiście
takie innowacje nastręczają kłopotów. Wśród nich są te
natury fundamentalnej i teoretycznej, np. sprzeczność
między deliberatywnością grupy a koniecznością
osiągnięcia ostatecznego konsensu. Zgoda oznacza wszak
koniec deliberacji. Jednak w polityce trzeba umieć
kończyć rozważania, by podjąć decyzję.
Problem z
instytucjami demokracji deliberatywnej polega także na
tym, iż są one poniekąd sztuczne. To komfortowe debaty,
w miłym miejscu, twarzą w twarz, a przecież nie tak
objawiają się problemy na zebraniach np. rady miejskiej,
gdzie ktoś – rzeczywiście i formalnie – odpowiada za
stan danego wycinka rzeczywistości społecznej i od jego
decyzji zależy los wielu ludzi.
Konkludując
jednak: inicjatywa wprowadzenia instytucji deliberacji
publicznej do naszej praktyki demokratycznej jest godna
polecenia; nie tylko zaspokaja potrzebę uczestnictwa i
decydowania w sprawach publicznych, lecz także
przyczynia się do zrozumienia – zarówno przez
uczestników deliberacji, jak i odbiorców jej wyników –
istoty problemów i sprzyja tolerancji dla odmiennej
argumentacji.
W tym kontekście można raz jeszcze
spojrzeć na miejsce sondaży i badań opinii. Demokracja i
sondaże to obecnie zjawiska nierozłączne. Wobec obydwu
formułowane są dość wygórowane oczekiwania. Warto zatem
pamiętać o ich naturalnych ograniczeniach, a także o ich
właściwościach podatnych na
manipulację.
DR RADOSŁAW MARKOWSKI
jest politologiem i socjologiem.
Pracownik Instytutu Nauk Politycznych PAN, dyrektor
Instytutu Nauk Politycznych Szkoły Wyższej Psychologii
Społecznej w Warszawie.
Współautor i
redaktor m.in. następujących prac: „Wybory parlamentarne
1997: system partyjny – postawy polityczne – zachowania
wyborcze” (1999), „Transformative Paths in Central and
Eastern Europe” (2001) oraz „System partyjny i
zachowania wyborcze” (2002).
|